Wspomnienia mojej ciotki Ireny
Otwieram stary zeszyt akademicki z powyrywanymi kartkami, cienki, jakby część została wyrwana celowo, bo wspomnienia, po przeczytaniu, okazały się zbyt osobiste. Oto spuścizna po mojej cioci Irenie, na którą babcia i rodzina wołała Rena, Renulka… Ciocia jeszcze żyje, ma ponad osiemdziesiąt lat, sprawny umysł i ciało. Od czasu, gdy nagle zmarł jej mąż, stała się wędrowniczką, jakby chciała nadrobić stracony czas spędzony przy mężu, który zwykł mawiać:
- Po co mam się ruszać z domu, skoro cały świat mam w telewizorze?
Zmarł z powodu wylewu krwi do mózgu, a w wieku pięćdziesięciu lat miał żyły zwapniałe, jak u osiemdziesięciolatka. Ciocia po odchorowaniu nagłej zmiany w swoim życiu, poczuła się po raz pierwszy wolna. Nikt już jej nie ograniczał, nie mówił, co ma robić, nie wyznaczał standardów zachowań, mogła, nareszcie, robić to, co sama chciała. Stała się kontynuatorką Babci Lusi, swojej matki, która do końca życia przemieszczała się z miejsca na miejsce, często zaskakiwała swoje córki, pisząc do nich kartki z odległego Krymu lub z innego równie dziwnego miejsca na ziemi.
Rena była najstarszą z trojga rodzeństwa, średni, to brat Jureczek, a najmłodsza, siostra Lilunia.
Czytam:
„Wandziu, Wandziu nie rusz kwiatka
Róża kole – rzekła matka
Wandzia mamy nie słuchała
Ukłuła się i płakała.”
Od tego wierszyka zaczynają się moje wspomnienia z dzieciństwa. Pamiętam te zaniedbane klomby koło domu, na których rosły róże. Całe siedlisko było zaniedbane, a ja miałam wtedy niecałe trzy lata. Dom był już zbudowany z drewnianych bali, z dachem pokrytym strzechą. Szpary między belkami utkane zostały mchem. Nie był otynkowany zewnątrz ani wewnątrz. Taka, jak pamiętam, wiejska chałupa, tyle że z wysokim dachem i obszernym strychem. Wewnątrz szczeliny między belkami zachlapane były wapiennym ciastem, które się często wykruszało i szpary pojawiały się na nowo, a w nich gnieździły się pluskwy. Okropność! Pokoik, który pamiętam, miał na różowo pomalowane ściany. Naprzeciw okna rosły na klombach ogromne bzy, w których wiosną gnieździły się słowiki. Do dziś pamiętam odurzający zapach bzów i kląskanie słowików. Pod krzewami wzrastały dywany pięknie pachnących fiołków i żółtej wiosnówki. Takie były uroki tego domu z lat dziecięcych, zbudowanego na dawnym siedlisku po majątku jakiegoś generała rosyjskiego. Majątek ten rozparcelowano po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku i oddano go dziewięciu osadnikom wojskowym, między innymi Józefowi Bernhardtowi, porucznikowi rezerwy w austriackiej podchorążówce, byłemu legioniście, nie mającemu pojęcia o gospodarowaniu na roli. Tak moi rodzice stali się właścicielami dosyć pokaźnego majątku ziemskiego.To były dla nich bardzo ciężkie czasy. Na początku, kiedy jeszcze nie zbudowano domu, zamieszkiwali w stodole osadnika, Józefa Grządzala, młodszego podoficera, odznaczonego krzyżem Virtuti Militari. Dzisiaj nie mieści mi się w głowie, jak oni mogli przetrwać zimę w tym prymitywnym pomieszczeniu. Stodoła kamienna z różnymi przybudówkami, oborą, chlewikami, prawdopodobnie mieściło się tam pomieszczenie gospodarcze, w którym istniała możliwość zamieszkania.
Osada wojskowa otrzymała nazwę Międzygórze. Osadnicze działki wojskowe mieściły się poza ludzkimi osiedlami, pięknie położone między wzgórzami, które trudno by było nazwać górami. Gleba niezbyt urodzajna, miejscami czwarta klasa a większość powyżej. Najżyźniejszą miała nasza działka, na której udawała się pszenica, buraki pastewne, koniczyna i zboża jare. Dzięki uzyskanym kredytom na zagospodarowanie, powstał nasz dom rodzinny, stodoła z oborą i chlewem. Mój ojciec do gospodarowania się nie nadawał. Skończył kurs nauczycielski i został nauczycielem matematyki w szkole powszechnej. Jego młodziutka żona, moja mama zajęła się gospodarką bez reszty. Skończyła korespondencyjny kurs agronomii z bardzo dobrym wynikiem. W czerwcu 1922 roku przyszłam na świat. Urodziłam się w Wilnie, dokąd mój tatuś, troskliwy, zakochany małżonek swojej Lusi, zawiózł ją do miejskiej kliniki.Wilno to miasto wczesnej młodości mamy. Tam ukończyła gimnazjum, potem pracowała jako maszynistka w sztabie wojskowym i poznała przystojnego Józefa Bernhardta. Była śliczną młodziutką dziewczyną o osiem lat młodszą od adoratora. Nic, więc dziwnego, że koledzy Józefa żartowali sobie zapraszając do siebie pana porucznika z dzieckiem. Na najtrudniejszy czas młoda mama ściągnęła swoją ciocię Julię z litewskich Telsz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz