
Wczesnym porankiem, gdzieś w okolicy piątej rano, pielęgniarka obudziła Martę, podając jej porcję kolorowych pigułek do połknięcia, część z nich rozpuszczona w małym kieliszeczku miała cierpko-gorzki smak i im dalej lekarstwo przesuwało się w kierunku przełyku, tym bardziej stawało się nie do przełknięcia. Dziewczynka siłą woli powstrzymała odruch wymiotny. Udało się, chociaż przez dłuższy czas utrzymywał się w ustach pozostały po nich niesmak. W domu zapiłaby go dużą ilością soku pomarańczowego, ale tutaj było to niemożliwe. Oberwałoby się jeszcze mamie, która zbyt opieszale podawałaby napój do popicia:
- No gdzie te picie?! Szybko, bo się porzygam!
- No, już idę córeczko, nie krzycz...Proszę pij soczek.
Po tej krótkiej reminiscencji w nie tak daleką przeszłość, Marta rozejrzała się po sali, na której została położona. W pokoju, oprócz niej, rezydowały jeszcze dwie inne dziewczyny. Pierwsza z długimi blond włosami, w tym samym, co ona wieku, a druga starsza, ciemnowłosa, typ królewny Śnieżki, piękna bladolica z zimnymi stalowo- błękitnymi oczami w czarnej oprawie, długie rzęsy i gęste, ładnie wyregulowane brwi. Takie dziewczyny zawsze najbardziej się jej podobały. Sama chciałaby tak wyglądać. Gdzie jej do urody tej rasowej brunetki? Nijaka szatynka, kolor włosów ni to szary, ni to brązowy, w zależności od tego jak padało światło. Krótka fryzura, która po nocy nie ma żadnego kształtu, można tylko liczyć sterczydła na głowie. Po prostu horror! Skóra na twarzy trądzikowata, jeszcze te rany, do których sama się przyczynia. Obrzydliwość! Nie może na siebie patrzeć. A te wstrętne wałki na brzuchu, grube uda i trzęsące się piersi przy każdym ruchu. No, mogłaby ubrać stanik, ale, po co i tak nikt jej nie ogląda. Sama omija lustra z daleka. Całe szczęście, że nie ma ich w domu zbyt dużo.
- Jak takie coś można pokochać? – zastanawia się nad tym nie od dziś.
Po śniadaniu została wezwana na rozmowę do pani ordynator. Chwilę później weszła do mało przytulnego, typowo szpitalnego pomieszczenia, będącego gabinetem ordynatora oddziału psychiatrycznego. Co prawda ściany pomalowano na zielono, ale był to jeden z tych zimnych odcieni, mających działać uspokajająco na pacjentów a nie rozgrzewać atmosferę międzyludzką.
- O! Marta! – Zawołała pani ordynator, jakby ją dziwiła i zaskoczyła wizyta nowej pacjentki.
- Dobrze, że jesteś. Jak się czujesz? – próbowała wybadać nastrój chorej.
- Ja chcę do domu. Nie wytrzymam tutaj ani chwili! Tęsknię za mamą.- po tych słowach spojrzała błagalnie na lekarkę. W jej oczach można było zobaczyć prośbę, tak wielką, jaką tylko wzrokiem mogą oddać wierne swemu panu psy, gdzie jest w nich: rezygnacja, poddaństwo i błaganie o spełnienie życzenia.
- Ale, po co ci mama, przecież masz swojego pluszaczka. – lekarka miała na myśli futerkowego słonika, którego matka zostawiła Marcie na szczęście i dla wątpliwego towarzystwa.
- A teraz przygotuj się i idź na lekcje. –ton jej głosu nie przewidywał żadnego sprzeciwu.
W tym momencie Marta pomyślała, że ta pani traktuje ją nie tylko jak wariatkę, ale na dodatek wariatkę trzyletnią:
- Pluszaczek.. – prychnęła z pogardą wychodząc z gabinetu – szkoda, że mi nie kazała założyć świeżej pieluchy. A może powinnam wyprowadzić na spacer szczoteczkę do zębów, wtedy nikt nie miałby wątpliwości, kim jestem.
Postanowiła nic nie robić. Siedziała na brzegu łóżka, rozczochrana. Plecak z książkami leżał nieopodal małej szpitalnej szafeczki na rzeczy osobiste. Do sali z dużym pośpiechem weszła siostra oddziałowa:
- Jeszcze jesteś niegotowa? – spytała, nie kryjąc swego zdziwienia.. – Lekcje nie będą czekać. Ruszaj się!
- Nigdzie nie idę! Nie chcę!
- Nie ma nie chcę. Bierz książki do ręki i marsz do szkoły-Ten tembr głosu nie przewidywał sprzeciwu.
- Nie!- upierała się, mimo wszystko, krnąbrna pacjentka.
- Nie ma nie. Ruszaj i już! – Tym razem groźbę było słychać nie tylko w głosie, również spojrzenie pielęgniarki stało się zimne i mało przyjazne a w ręku pojawiła się strzykawka jednorazowa, natomiast druga dłoń poszukiwała czegoś w lewej kieszeni fartucha.
Marta oceniwszy sytuację, rozważywszy wszystkie za i przeciw dalszego uporu, ociągając się, wolno skierowała się w kierunku drzwi, popychając przed sobą nogą znienawidzone podręczniki, opakowane w szkolny plecak. Nie wzięła ich do ręki. Brzydziła się.
W szpitalnej szkole nawet się jej spodobało. Uczestnicy lekcji okazali się być jeszcze większymi dziwadłami niż ona. Blond dziewczyna miała pomalowane usta krwistoczerwoną pomadką, co przy jej niezdrowej bladości przydawało groteskowy wygląd. Później, nasza panna M. dowiedziała się, iż lekarze podejrzewają u blondyny początki schizofrenii. Ta czarna, ubrana w czarne szatki z równoramiennym krzyżem na szyi, reprezentowała styl gotycki w modzie młodzieżowej. Ciemna otchłań na sobie, psychodeliczna muzyka i dołujące myśli w głowie. Jej nadgarstki u obu rąk obwiązane były świeżymi opatrunkami. Jedyny chłopak uczestniczący w lekcjach tej grupy, to chudy, wysoki Łukasz z wielkimi, brązowymi oczami, w których na dnie czaił się lęk, za to na głowie sterczał misternie wyczesany czub.
Lekcja rozpoczęła się od spotkania z panią psycholog. Usiedli w kręgu i każdy z nich musiał na początek opowiedzieć, co w danej chwili czują. Najtrudniej nazwać uczucia, które ogarniają całe ciało. Czuć fizyczny ból związany z psychicznymi odczuciami, ale nadać im nazwę to niełatwe, a czasami niedające się wypowiedzieć na głos, bo słowa więzną w gardle i nie przechodzą dalej, jak w zepsutej zabawce, koła się kręcą, ale pojazd nie jedzie.
Stali bywalcy psychologicznej rundki mieli już przygotowane odpowiedzi, które gładko im przychodziły, natomiast Marta nic nie powiedziała. Spuściła nisko głowę i milczała. Nerwowo poruszała prawą nogą i mocno zaciskała dłonie w pięści. Nie chciała się dzielić swoimi emocjami z tymi obcymi jej ludźmi, a wymyślać obojętnych dla siebie odpowiedzi jeszcze się nie nauczyła. Miała za mało czasu, by to zrobić teraz na gorąco, zbyt mała grupa siedziała w tym kręgu. Później było już tylko lepiej. Nikt się jej nie czepiał mogła spokojnie obserwować, co działo się wokół niej. Wszyscy uczestnicy zajęć mieli dużą potrzebę zwracania na siebie uwagi. To Marta wyćwiczyła w swojej macierzystej szkole bycie niewidzialną. Cichutkie przemykanie przez korytarze przyklejona do ścian, w obawie przed dotykiem innych. Siedzenie w ostatnich ławkach za plecami kolegów w nadziei, że staje się niewidzialna także dla nauczycieli, nie dając im pretekstu do szydzenia z siebie, ze swojej chorobliwej nieśmiałości i lęku przed okrutnymi niedorosłymi i dorosłymi ludźmi. Czasami do ugodzenia jej prosto w serce, do śmiertelnego zranienia wystarczało nieprzyjazne, pogardliwe spojrzenie. Niewypowiedziana obelga dotykająca nadwrażliwą istotę. Raniła też obojętność, jakiej doświadczała wobec swojej osoby tych, na których nie mogła liczyć, dorosłych, w szkole i nie tylko. Nie dociekano, dlaczego jest taka, ale mówiono niesympatyczna, nigdy się nie uśmiecha, nie daje się lubić, pewnie nie lubi ludzi, zadufana w sobie egocentryczka. Jeżeli nie obojętność, to wzbudzała niewątpliwie niechęć do siebie.
Ewie poradzono, by nie odwiedzała córki w szpitalu, wtedy nie będzie przeszkadzać w terapii i dziewczyna szybciej wróci do domu. Jak jej poradzono, tak też zrobiła. Przez pierwsze dwa tygodnie nie widziała się z córką. Ona również źle znosiła to rozstanie. Po raz pierwszy na tak długo zostały rozdzielone. Pomimo pewnych konfliktów między nimi, bardzo wiele je łączyło. Więź ta przypominała koleżeństwo a nie stosunki łączące matkę i córkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz