sobota, 8 grudnia 2007

"Pęknięte lustro" - fragment

Dziewczyna szybko pokonała strome schody wiodące do mieszkania. Zadzwoniła. Otworzyła matka. Wchodząca nie zatrzymała wzroku na otwierającej, minęła ją bez słowa. Rzuciła plecak pełen podręczników na podłogę, wpadła do łazienki zamykając dokładnie za sobą drzwi. W pośpiechu pozbyła się ubrania, które miała na sobie. Weszła pod prysznic i rozpoczęła namydlanie całego ciała. Następnie szorstką gąbką rozpoczęła chirurgiczne mycie każdego zakamarka swojego ciała. Szorowała miejsce po miejscu nie szczędząc wysiłku i siły w rękach. Jej skóra najpierw przybrała lekko różowy odcień, by chwilę później nabrać koloru nasyconej czerwieni. Podrażniona, piekła ją, a ona nie mogła przestać. Jakaś zewnętrzna siła prowadziła jej dłonie, by te raniły delikatny, dziewczęcy naskórek. Nie reagowała na wołanie zaniepokojonej zachowaniem córki matki. Nie słyszała jej. Pochłonięta tylko jednym ważnym dla niej zadaniem – zmyć z siebie ten brud. Czuła się zbrukana, zeszmacona. Nienawidziła szkoły i wszystkiego, co się jej z nią kojarzyło. Uczniów, nauczycieli, budynku, podręczników, zeszytów, brrrr...Wstrętne! Wraz z mydłem do kanalizacji płynęły jej złe uczucia i natrętne myśli, które kłębiły się jej w głowie bezładnie, wywołując mętlik i ból głowy.
Tymczasem zaniepokojona rodzina zebrała się pod drzwiami łazienki:
- Co ona tam tak długo robi? – zastanawiała się matka.
- Słychać szum wody. Pewnie się myje, ale dlaczego siedzi już tam od godziny – babcia także się niepokoi.

Właśnie odwiedziła swoją córkę, Ewunię. Wszyscy w rodzinie wiedzieli, że Ewa miała coraz poważniejsze kłopoty z Martusią . Mała nie chciała chodzić do szkoły. Płakała, wymyślała różne choroby, byle tylko pozostać w domu. Nie pomagały rozmowy z nauczycielami, by wzięli pod uwagę większą wrażliwość dziecka na stres. Wizyty u pedagoga szkolnego i międzyszkolnego psychologa nie były w stanie nic zaradzić. Fobia szkolna gimnazjalistki z pierwszej klasy się pogłębiała. Początek lęków miał miejsce w szkole podstawowej.
Nagle drzwi łazienki szeroko rozwarły się na oścież a w drzwiach stanęła ociekająca wodą dziewczynka.
- Nigdy! Już przenigdy nie pójdę do szkoły! – wykrzyczała.
- Ale nie możesz. Ty musisz. Jest przecież obowiązek. Nie mamy pieniędzy na kary –próbowała przemówić do rozsądku córki matka.
- Ja to – odezwał się na to dziadek – przetrzepałbym jej porządnie tyłek i skończyłyby się te fanaberie.
- Tato! Proszę, daj spokój – Ewa nie chciała zaogniać i tak beznadziejnej sytuacji.
Marta weszła do kuchni. Na stole leżał nóż kuchenny. Jego ostrze lśniło w promieniach zachodzącego słońca, wpadających przez kuchenne okno. Wzięła go do ręki.
- Jak mnie będziecie zmuszać, to coś sobie zrobię – jej głos zabrzmiał aż nadto złowrogo.
- Martusiu! Odłóż ten nóż! – krzyknęła matka.
- Nie zbliżajcie się do mnie! Ostrzegam.
- Dzwonię po pogotowie psychiatryczne – szepnęła Maria, babcia dziewczynki do swej córki. – Boże, za co nas każesz! – tym razem mówiła sama do siebie, po czym podeszła do telefonu i wykręciła odpowiedni numer.
Nie musieli długo czekać. Marta odłożyła nóż. Pielęgniarz wkłuł się w przedramię wstrzykując solidną dawkę leku uspokajającego. Ewa przekonała córkę, że pojadą do szpitala tylko na badania i nie ma zamiaru jej tam zostawiać. Uspokojona dziewczynka sama zeszła na dół i wsiadła wraz z matką do karetki pogotowia. Samochód ruszył. Wyruszył w nieznaną dziecku drogę. Miała poznać nowe obszary życia, o których wcześniej nie miała pojęcia.

Brak komentarzy: