niedziela, 20 lipca 2008

Bajka o trzech siostrach


Dawno, dawno temu w pięknym mieście Szczecinie, w jeszcze piękniejszej dzielnicy Dąbie, gdzie w lipcu późnymi wieczorami upajał zapach kwitnących lip, rosnących wzdłuż głównego dąbskiego traktu, mieszkały trzy siostry: Grażynka, Iwonka i Basia.

Dziewczynki zamieszkiwały wraz z rodzicami w ładnym czterorodzinnym domu przy owej głównej i ruchliwej ulicy, która latem służyła za arterię tranzytową nad morze, a wczesną wiosną ginęły na niej marcujące koty, próbujące przedostać się na drugą stronę drogi, a ruch na niej był znacznie mniejszy niż dzisiaj. One wtedy (latem) siadywały w otwartym oknie i bawiły się w liczenie kolorowych samochodów, przejeżdżających pod ich oknem. Każda wybierała jeden kolor i wygrywała ta, która naliczyła więcej aut swojego koloru. Zwykle jechały polskie fiaty, małe i duże, zdarzały się stare warszawy, a i jakieś rarytasy z zachodu także, ale rzadko. Na szczęście ważna była tylko barwa.

Grażynka, to brązowowłosa ślicznotka o oczach zmieniających barwę, w zależności od kąta padania na nie promieni słonecznych od niebieskich, szarych do zielonych, powodem tych zmian winne były żółte obwódki wokół jej źrenic. Skórę miała oliwkową, szybko brązowiejącą na słońcu. Iwonka i Basia uosobienie małych blond piękności z wielkimi błękitnymi oczami. Istne aniołki, ich podobizny mogłyby wisieć na bożonarodzeniowym drzewku.

Praprababcia i jeszcze jedno pra, ze strony mamy nosiła dumnie tytuł książęcy, posiadała wielki dwór i służbę, ale został on jej zagrabiony przez złego cara Rosji Aleksandra II, za to że jej syn Adam Seweryn uczestniczył w powstaniu styczniowym a jej dom służył za schronienie dla powstańców. Rodzinie odebrano majątek i tytuły.

Tata pochodził z rodziny z ponad tysiącletnim rodowodem, jednak zbyt liczna i rozrastająca się familia nie była w stanie zapewnić każdemu z członków rodu tytułów hrabiowskich i dóbr ziemskich. Zubożali szlachetni panowie musieli pracować, by utrzymać swe rodziny.

Rodzice trzech sióstr nie należeli do bogatych, zresztą tak, jak wszyscy okoliczni mieszkańcy dzielnicy, inni mogli być biedniejsi od nich. To się nazywało socjalizm. Każdy miał po równo niczego. Rodzice żartowali, że są bogaci w dzieci, bo to był ich największy skarb.

Mieli jednak tę przewagę nad innymi, że ich dom należał do jednych z ładniejszych, pięknie wyremontowany z okalającymi go ogrodami. Sąsiedzi to inteligencja techniczna: dyrektor największej w dzielnicy fabryki oraz inżynier tejże. Ich tata należał do średniego kierownictwa firmy, stale się dokształcając. Głową czwartej rodziny był szwagier pana dyrektora. Sama okoliczna śmietanka towarzyska.

Ich dzieci się przyjaźniły. Dwie córki dyrektorostwa, dwóch synów szwagrostwa i trochę młodsze inżynierostwa, raczej koleżeństwo najmłodszej Basi.

W owych czasach Dąbie należało do dzielnic willowych, bez wielkich osiedli, jednakże przyjeżdżająca na niedzielne obiady babcia ze strony mamy, zawsze podkreślała wyższość lewobrzeżnego Pogodna nad prawobrzeżnym Dąbiem, a swoją wyższość ze swoją błękitną krwią nad mniej niebieską zięcia.

Okolicę, w której mieszkali, niezaprzeczalnie można było określić piękną. Wokół rozciągały się wspaniałe łąki z kwitnącą latem , cudownie pachnącą macierzanką i dywanami żółtej kocanki, razem tworzyły bajeczne kobierce. Wieczorami począwszy od maja znad jeziora dobiegał koncert żab w swoich najpiękniejszych godowych utworach.

Dziewczynki w krainie równości wszystkich obywateli posiadały wykwintniejsze wychowanie, a pomimo braku ładnych ubrań na socjalistycznym rynku, wyróżniały się strojami, które własnymi rękoma wyczarowywała ich piękna i szlachetna matka.

Kiedy liczyły niewiele wiosen, wieczorami, leżąc już w łóżkach prosiły tatę o bajeczkę, a on nigdy nie odmawiał i chętnie snuł swoje opowieści. Jednak zamiast je usypiać doprowadzał ze śmiechu do łez. Postaciami, którymi rozśmieszał swoje córki był Pat i Pataszon a ich perypetie ojciec w większości sam wymyślał. One nie miały nigdy dość zabawnych historyjek, wtedy pojawiała się mama i kończyła dobrą zabawę, stwierdzając:

- Czas już spać moi mili.

Wówczas zapadała cisza, gaszono światło, ciemność otulała dziewczynki, jak ciepłą kołderką, a je ogarniała wolno nadchodząca senność. Wtedy zwykle słyszały leciutki stukot do okna. Wydawałoby się, że nikt nie może pukać w okno na piętrze, zresztą o tej porze, gdyby rosło tam drzewo, można by podejrzewać, że to jego gałęzie delikatnie poruszane przez wiatr, ocierają się o szybę. Ale nie… to pojawiał się piękny chłopiec na białym pegazie, zwanym Milusim, ze względu na mięciutką puszystą sierść. Grażyna, jako najstarsza otwierała okno a Jaś, bo tak młodzieniec miał na imię, lądował pośrodku pokoju, starając się nie robić hałasu. Jasiek przywoził siostrom słodycze i południowe owoce, o których marzyły przez cały rok, ponieważ pojawiały się na rynku, zwanym socjalistyczny, tylko na Boże Narodzenie. Tęskniły za aromatycznymi pomarańczami, żółtymi bananami, które pierwszy raz zobaczyły, gdy przywiózł je z zamorskich krajów marynarz, znajomy babci. Tymi dziewczyńskimi, dziecinnymi marzeniami zapełniały się piwnice ich niebrzydkiego domu.

Żadna z nich nie myślała wtedy o Jaśku na Miluśkim, jako o królewiczu na białym rumaku, kandydacie do ręki małych księżniczek, raczej koledze do towarzystwa i zabawy, zaspakajającym ich zachcianki i apetyt na niedostępne rarytasy.

Jasiek znikał wraz z pierwszymi promieniami słońca, a rodzice rano nie mogli dobudzić swych córek, bo starszych czas do szkoły, a Basi do przedszkola.

Potem dziewczynki dorosły i przestały widywać Jasia na Milusim, a swoim dzieciom same opowiadały bajki, ponieważ ich wybrankom serc zabrakło wyobraźni ich taty.

I jak to w bajce żyły długo i szczęśliwie i ja tam byłam miód i mleko na śniadanie piłam…

Brak komentarzy: