sobota, 26 lipca 2008

„Ciemne chmury nad domem trzech sióstr”


„Ciemne chmury nad domem trzech sióstr”

W ubogim królestwie Grajlandia największym bogactwem była miłość i rodzina, dzieci tam rosły karmione tym najpiękniejszym uczuciem, wspaniale się rozwijały pod każdym względem, a ich urodę sławili wędrowni bajarze daleko poza granicami państwa. Bandyci omijali to miejsce, nie można bowiem skraść uczuć, ponieważ są one głęboko ukryte w sercach i nie można ich ani kupić, ani sprzedać.

Nad ogniskiem domowym czuwała piękna Lilia, matka, a przystojny król obdarowywał swoimi względami wszystkie cztery swoje kobietki.

Księżniczki Grażynka, Iwonka i Basia nie zawsze układne i grzeczne, w przypływie złego nastroju ojca nazywane były przez niego ”księżniczkami ze spalonego teatru” lub „hrabiankami, na które Pan Bóg nie dał pieniędzy”. Dzieci dorastając, popełniały błędy a rodzice starali się na swój sposób je wychowywać. Jeżeli jednak nawet w gniewie nazywano je arystokratycznymi tytułami, to czyż miały wątpić, że jest inaczej?

Tymczasem nad spokojnym domem sióstr krążyło nieszczęście, jeszcze nie zostało zmaterializowane, raczej pozostawało w sferze przeczuć i odczuwań. Na samotnej, strzelistej topoli rosnącej nieopodal zbierały się złowieszczo kraczące siwe wrony. Nagle zerwał się porywisty wiatr i ciągu kilku minut z niewinnego białego obłoczka, cumulusa, powstał burzowy zamęt, plątanina czarnych chmur, cumulonimbus przypominający wielkie, groźne kowadło, przesłaniające całe niebo, spod którego nie mógł się przedostać żaden promyk słońca. Ciemny nieboskłon rozświetlały zygzaki wyładowań atmosferycznych, którym z kilkuminutowym opóźnieniem towarzyszyły rumory hałaśliwie przesuwanych ciężkich sprzętów, gdzieś ponad pułapem ciemnego kłębowiska.

Spokojna do tej pory Piękna Pani zaczęła wykazywać nieuzasadnioną nerwowość, która przejawiała się w rzucaniu we Wspaniałego Tatę wazonami, otrzymywanymi od małżonka na każdą nadarzającą się okazję. Mogła to być rocznica ich cudownego ślubu, imieniny, Dzień Kobiet, Dzień Matki. Zwykle w ciągu jednego roku nazbierała się niezła kolekcja szkła i ceramiki. Eksplozję zwiastowała głośna wymiana zdań, wówczas można było wywnioskować z wypowiadanych słów, że ślub nie był taki cudowny a tata wspaniały.

Tej wiosny wybuchło i nie chodziło o bujną roślinność z jasną zielenią świeżych listków, ani o mnóstwo kwitnących drzew różowego i białego głogu, którymi obsadzono okoliczne uliczki, a także wejście do domu sióstr.

Dziewczynki, szczególnie te młodsze nie rozumiały, co się wydarzyło i dlaczego. Starsza towarzyszyła swej, pomimo nieszczęścia, nie pozbawionej uroku matce, podczas wizyty u mądrej sąsiadki, dyrektorowej. Pod przebraniem zwykłej gospodyni kryła się dobra wróżka, do której przychodziło się po radę. Z dorosłej rozmowy dwóch kobiet Grażynka dowiedziała się, że urodziwa Lilia pokłóciła się ze swoim przystojnym mężem o gorącym spojrzeniu, którym obdzielał również inne piękne kobiety, bo niestety ,nie tylko matka trzech sióstr, została obdarowana przez Boga przecudną urodą.

Młode, wrażliwe serduszko najstarszej księżniczki czuło, iż jej mamę skrzywdzono w niezrozumiały dla niej sposób i to przez kochanego tatę, którego zauroczyła szkaradna czarownica w ciele jakiegoś kobiecego Cud Anioła.

Mądra sąsiadka mówiła:

- Droga Pani Sąsiadko, przejdzie mu i wróci. Zawsze wracają, niech mi pani wierzy.

- Nie jestem pewna- odpowiedziała rodzicielka – spakował się i wyjechał do Poznania.

Tutaj nastąpił dalszy potok słów rozpaczy i urodę kobiety zakłóciło morze łez wylewających się z wciąż mokrych oczu.

Sąsiadka twierdziła, że wróci, ale gdyby się myliła, niepotrzebnie złudna nadzieja przedłużałaby cierpienia wspaniałej żony, niewiernego męża. Wobec takich przemyśleń Grażynka znalazła dla swej mamy inne słowa pociechy:

- Nie martw się. Same damy sobie radę. Niech nie wraca.

Wolała mieć przy sobie jedno z rodziców, ale spokojne i szczęśliwe, niż dwoje nieszczęśliwych. Po dniu pełnym matczynych łez, nastąpiła nie lepsza noc. Rano matka, jak zwykle, wyprawiła dzieci do szkoły i przedszkola. Sama poszła do pracy ( było to przecież biedne królestwo), gdzie rozsyłała uśmiechy swoim koleżankom i kolegom. Nikt nie mógł się domyśleć, jak bardzo była strapiona. Wszyscy wokół odwzajemniali uśmiechy i powitania, w których najważniejszym słowem było słowo „dobry”.

Tego samego jeszcze dnia powrócił „Syn Marnotrawny”, zagubiony mąż, ojciec wraz z pogubioną miłością, skruszony i stęskniony za swoimi czterema cudownymi istotami, bez których nie wytrzymał dłużej niż pół dnia i jedną noc.

Magiczna moc miłości zwyciężyła i tym razem, a oni żyli długo i szczęśliwie.

Brak komentarzy: