
Zawodowe potyczki.
Nagle z łoskotem otworzyły się drzwi do klasy i z impetem swego niemałego, ale młodego ciała, wpadła pedagożka Zuzia. Wyciągnęła w stronę okna palec wskazujący i stanowczym tonem, nie zakładającym żadnego sprzeciwu, wyrzuciła z siebie:
- Ty Jasiek masz przechlapane. Twoje wezwanie właśnie poszło do ojca. Ostrzegałam ciebie! Nie słuchałeś! Teraz już za późno!
- Ale ja...
- Żadne, ale, ale - już nie ma - tymi słowami szkolny ekspert od wychowania majestatycznie opuścił pole bitwy, którą sam zaaranżował.
- Jak ja jej nienawidzę? - to już druga osoba w szkole wobec, której Jasio żywił tak ekstremalnie negatywne uczucie.
- Nie powiem jej już nigdy dzień dobry - Jasiek obmyślał słodką zemstę, podskakując jednocześnie na krześle, jakby go kłuło w siedzenie tysiące ostrych szpileczek.- Nienawidzę jej - powtarzał z uporem małego dziecka - przy czym twarz stężała mu w nieprzyjemnym grymasie, odzwierciedlającym kotłujące się w nim negatywne uczucia niechęci i nienawiści.
- Uspokój się, dlaczego tak się denerwujesz? - nauczycielka próbowała rozładować nagromadzone w nim napięcie. - Powiedz, co cię tak zdenerwowało?
- Bo wszystko, co zrobię to źle! Przestanę chodzić do szkoły! Inni nie chodzą i nie ma z nimi problemów, a ze mną są stale. Ktoś pierdnie, a Jasiek musi za to odpokutować! Mam tego dość! - rozżalony wyrzucał z siebie słowa w rytmie muzyki rap, akcentując pierwsze sylaby wypowiadanych słów. - Ktoś kichnie, a ja już siedzę na dywaniku u pedagog albo dyrektor! A wtedy, co się przyczepiła do Bartka! To jakaś paranoja! A na dodatek nie chce ze mną rozmawiać!
- Jak chcesz, możemy podczas przerwy pójść do pani pedagog na rozmowę? Tak? -Anna wzrokiem szukała potwierdzenia u mającego poczucie niesprawiedliwości ucznia. Usłyszała wyciszone:
- Dobrze.
- W takim razie wracamy do naszego tekstu pt. „Poczucie sprawiedliwości” Jana Pawła II.
- Zastanówcie się i odpowiedzcie mi na pytanie. - Co papież rozumie pod pojęciem poczucie sprawiedliwości?
Podczas długiej, dwudziestopięciominutowej, przerwy koleżanka Ilony, Marzenka właśnie kończyła pracę i szykowała się do wyjścia. Uczniów wymiotło na niższe piętra. Niektórzy okupowali drzwi od stołówki szkolnej, inni woleli zejść z oczu Ilonie. Znana była z tego, że przy niej nie można było porozrabiać, poznęcać się nad młodszymi ani palić po kątach. Wszystko, cholera jedna, widziała, jakby oczy miała naokoło głowy. Zauważyła otwarte drzwi do jednej z sal lekcyjnych. Przechodząc koło nich zajrzała do środka. W klasie przy biurku nauczyciela stał Piotruś Kapka, zalewając się łzami.
- Dlaczego płaczesz Piotrusiu? – zapytała dyżurująca.
- Ja się stąd nie ruszę! Nie mam, dokąd. Mama mnie zabije. Pani od matematyki nie chce mi podpisać zeszytu z obecnością - prawie szesnastoletnie chłopisko usmarkało się i rozmazało brud na zakurzonej twarzy.
- Nie podpiszę ci, bo nie było ciebie na lekcji - stwierdziła niezaprzeczalny fakt matematyczka i wyszła zostawiając strajkującego Pietkę w klasie.
Ilona wyszła na dyżur. Musiała jeszcze przez dwadzieścia minut maszerować na Kopiec Kościuszki. Po raz kolejny weszła do klasy okupowanej przez strajkującego ucznia.
- Piotruś, idź do domu. Pani już nie ma, więc ci nie podpisze zeszytu - próbowała przekonać do swojej racji ucznia.
- Nie! Ja tu strajkuję! Nie ruszę się. Będę tu nocować! Matka mnie zaaaaaaabije! - szloch się nasilił na samą myśl o spotkaniu rodzicielki.
- A opowiedz mi, dlaczego nie byłeś na lekcji? - zainteresowała się dyżurna, chcąc zrozumieć powód jego uporu.
- Bo ja proszę pani wlazłem w minę i Gonzo powiedział mi: „Spierdalaj stąd, bo śmierdzisz!” To nie ja, to on tak powiedział...a ja zobaczyłem, że mam brudne buty i poszedłem je czyścić...
- Ładnie je czyściłeś, biegając po wszystkich piętrach przez całą lekcję - roześmiała się nauczycielka.
- No tak, ale cały czas jeszcze śmierdziałem. Nie mogłem wrócić do klasy, bo by mnie wyśmiali, to chodziłem po szkole, a potem pani od matematyki nie chciała mi dać podpisu... - Nieeeeeee ja sięęęęęęęęę stąąąąd nieeeee ruszęęęęęęęęęęę - zawył Kapka.
Polonistka nie mogła poświęcić Piotrowi całej przerwy, wyszła, podyżurować, czyli szlifować podłogę korytarza, którą wcześniej, z tego, co mówił, zapaskudził Kapka. Żal jej było chłopca. Zadzwonił dzwonek. Zajrzała do sali. Piotruś siedział w pustej klasie, chowając twarz w dłoniach, opartych na łokciach:
- Chodź Piotruś, pójdziemy do pani pedagog, może zlituje się nad tobą i da ci ten podpis.
- Tak. - wyraźnie ucieszył się buntownik i raźnym krokiem pomaszerował za wybawczynią.
Strajk okupacyjny Piotra Kapki dobiegł końca.
Minął następny miesiąc. W szkole czas pędził ze zdwojoną prędkością. Na wszystko było za mało czasu. Terminy deptały po piętach. Czasami wydarzenia na moment zatrzymywały rozpędzony pojazd, który później musiał jakiś czas nadrabiać utraconą szybkość. Tak się czuła Ilona, jak w rozpędzonym
pociągu, a za oknami z trudnością cokolwiek można było dostrzec. Tu i teraz był tylko szaleńczy pęd i szaleni pasażerowie pojazdu widmo w drodze do nikąd.
Sekretarka ją zagadnęła :
- Słuchaj kochanie, dyrekcja wzywa cię do siebie.
- Nie wiesz, co chce ode mnie?
- Nie mam pojęcia - odpowiedziała zgodnie z prawdą.
Czeka mnie miłe tet a tet z szefową - pomyślała niechętnie o czekającej ją rozmowie.
- Można - zapytała wchodząc do sanktuarium władzy.
- A może mi pani poświęcić więcej czasu? - odpowiedziała pytaniem.
- Tak. Mam okienko – stwierdziła Królikowska.
Dyrektorka usiadła za stołem konferencyjnym, wskazując podwładnej krzesło w pobliżu .Od razu, bez zbędnych wstępów szefowa przeszła do sedna sprawy:
- Wezwałam panią, ponieważ chciałam porozmawiać o ostatnich imprezach. Już drugi rok, obie imprezy ślubowanie klas pierwszych i otrzęsiny mnie się nie podobają - powiało autokratycznym chłodem. - Czekałam z uwagami. Myślałam, że zmieni się ich formuła – Ilona poczuła napierający na jej klatkę piersiową zmasowany atak. Odczuwała fizyczny ból, jak przy uderzeniu sztormowej fali, napierającej na jej delikatną osobę. - Myśmy tu z panią wice- dyrektor siedziały i zastanawiałyśmy się: - Co się stało? Pani się tak miota! Za dużo ma pani na głowie? Ma pani jakieś problemy?
- Nie! Nie mam - czekała na dalszy przebieg monologu przełożonej.
- Ślubowanie! Co to było? Żadnej dekoracji, żadnego występu artystycznego. A ja! Po co miałam dwa razy przemawiać?! Krótkie byle jakie ślubowanie. Potem ja... dwa razy wiłam się przed mikrofonem /czyżby jednak była żmiją?/. Po co?! - Big Sister wbiła w Ilonę wzrok zimny i przeszywający, jak lodowe igiełki./ Swoją drogą, jak to możliwe, by ciepła barwa, jaką jest brąz, stała się zimnym lodowcem/.- Następne informacje - kontynuowała - nic ciekawego. Otrzęsiny to chaos, jakieś grupki, gdzieś się skupiające. Po co? Prowadzący nie bardzo wiedzieli, co mają robić. Nie wiedzieli, co mówić? Najwyraźniej męczyli się! A dlaczego trzy klasy nic nie przygotowały? Ta jedna grupa - tu nastąpiło prychnięcie - co to za stroje? Worki nałożone przez głowę! /Zgroza!/
Ilustracja nauczycielki i nieswieżego ucznia autorstwa Ani Klimasek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz