
Dom babci, matki ojca stanowił, razem z okalającym go obszernym ogrodem skarbnicę zakamarków i wspaniałych tajemniczych miejsc do zabaw. Obok domu, wzdłuż budynku i całej posesji płynęła leniwa struga, bez nazwy. Na brzegach rzeczki, po jej obu stronach, wczesną wiosną kwitły wznosząc do góry strzeliste różowo kwitnące pałki, lepiężniki różowe. Po kwitnieniu wyrastały wspaniałe, olbrzymie liście, osiągające średnicę do siedemdziesięciu centymetrów, wysokie niemalże na pół metra. Służyły podczas zabawy dziewczynkom: Iwonie, Grażynie i Basi za substytuty parasoli. Strumyk latem chłodził pluskające się w nim dzieci. Zabawa była bezpieczna, ponieważ woda sięgała pięciolatce w najgłębszym miejscu do kolan. Niektóre miejsca na dnie miały miły w dotyku piasek, w innych zdarzał się muł, w który zapadały się stopy, nieprzyjemny, niejedwabisty tylko jakiś obślizgły. Tam zamieszkiwały czarne pijawki i należało tych miejsc unikać. Idąc wzdłuż strużki, w głąb pola, które także stanowiło własność dziadków, można było spotkać nachylone nad wodę stare śliwy. Cały szpaler dużych drzew, obficie rodzących pod koniec lata słodkie ciemnofioletowe omszałe owoce .
Latem wiele czynności domowych robiło się na ogrodzie, obierało się ziemniaki, płukało obrane w potoku, myło się w nim ręce i nogi ubrudzone podczas pracy w ogrodzie. Prosto z ziemi wyciągniętą marchewkę czy rzodkiewkę także obmywała struga z przezroczystą, czystą wodą.
Bezimnienny strumyk zniknął, zasypany pod koniec lat siedemdziesiątych, a wraz z nim zakończył się pewien rozdział w życiu „Domu”, odbierając następnym pokoleniom dzieci w rodzinie, przyjemności obcowania z mokrym żywiołem wody, własnej, na prywatny użytek.
Kwietny ogród babci zakazany został dla małych dzieci, odkąd jej najstarsza wnuczka, wtedy trzyletnia, Grażynka zerwała pięknie rozwiniętą główkę słodko pachnącej białej piwonii, która miała wydać nasiona, niestety przedwcześnie uśmiercona nie zdołała. Dla pięknej matki nie był to problem, dla babki tak.
W tym samym czasie Iwonka śpiąca w wiklinowym łóżeczku, zapaskudziła je nieładnie pachnącą zawartością pieluchy. Cały ranek po przebudzeniu pracowicie zaklejała wszystkie wiklinowe spoiny. Lila(mama) na ten widok ręce załamała, łóżeczko powędrowało do rzeczki, zostało porządnie wyszorowane i pozostawione na czas nieokreślony do wymoczenia natrętnego zapachu. Niestety, nawet cudownie krystaliczny ruczaj nie był w stanie doprowadzić mebla do pierwotnej woni świeżego zapachu naturalnej wikliny.
Podobno wejście w za przeproszeniem w „gówno” przynosi szczęście, ale nie wiadomo czy dotyczy to powiedzenie własnej, niemowlęcej kupy i nie wejście, tylko wytarzanie się w niej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz