piątek, 22 sierpnia 2008

Dżolka


Dżolka

- Jak się nazywasz?

- Dazinta Penpinsta.

- A jak się nazywa mama?

- Penpinsta.

-A babcia?

- Penpinsta.

- A piesek?

- Też Penpinsty! – tutaj dziecko spojrzało zdziwione na pytającą matkę. Pewnie pomyślało- Taka duża a nie wie.

Owa Dazinta Penpinsta miała nieco ponad rok życia za sobą i dopiero uczyła się wymawiać poprawnie swoje trudne imię i nazwisko. Wychowywała się z czarną spanielką Dżolką, która trafiła do jej rodziny, gdy ona sama pojawiła się na świecie. Rasowego pieska przyniosła babcia Helena, będąca damą w każdym calu. Kochała zwierzęta, ale sama nie chciała ich narażać na samotne czekanie przez cały dzień w mieszkaniu w centrum miasta. Była to rezygnacja z bezinteresownej miłości zwierzaka z poczucia odpowiedzialności za niego. Dżolka także była wtedy miłym, rozbrykanym szczeniakiem. Traktowała ludzkie szczenię jak swoje rodzeństwo, ale coś bardziej nieporadne niż ona sama, wymagające troski i opieki również z jej strony. Zabawiała Dazintę swoimi długimi uszami, pochylając się nad płaczącym dzieckiem. Wymuszała zajęcie się nim dorosłych, kierując ich do niej szczekaniem, pojękiwaniami i delikatnym pociąganiem za nogawki.

Rodzina mieszkała wówczas w domu drugiej babci Bronisławy, gdzie miejsca do wychowywania dzieci i do brykania psów było wiele. Obok domu przebiegała ruchliwa, jak na lata pięćdziesiąte, ulica, jedna z głównych w dzielnicy Zdroje.

Dorośli musieli pamiętać by brama wjazdowa i furtka były zawsze zamknięte. Tutaj dziewczynka uczyła się chodzić, potem biegała tak szybko, że mama nie mogła jej dogonić, a Dżolka stała się młodziutkim rocznym pieskiem, bardziej dorosłym niż ludzka rówieśnica. Porównując wiek człowieka z wiekiem psa, to półtoraroczny pies na lata ludzkie ma dwadzieścia lat. Spora różnica.

Grażynka nie musiała mieć wówczas żadnych pluszaków, bo spanielka służyła jej za misia do przytulania, targania za ucho jedno lub drugie, gorzej z ogonkiem, którego rasowiec został pozbawiony zaraz po urodzeniu, pewnie to była duża zaleta przy dziecku.

Pewnego dnia Dżolka, jak zwykle, gdy chodziło o dziecko , wydawała z siebie jęki i ciągnęła panią, tym razem wyraźnie wskazywała miejsce pod stołem, przy którym siedzieli dorośli. Mama zajrzała pod mebel. Na środku siedziała umorusana Dazinta z dużą kością, którą usiłowała obgryzać i ssać. Dżolka jeszcze żałośniej zaczęła użalać się i skarżyć na nieznośne dziecko:

- Ta kość jest moja- mówiły smutne oczy pieska- a żałosne dźwięki wydobywające się z gardziołka psiaka, potwierdzały domysły.

Tak to pies wiedział, gdzie ma się udać po pomoc, nie rywalizował i nie walczył o kość z ludzkim szczeniakiem, słabszym od niego i nieporadnym oraz całkowicie bezkarnym. Nigdy by go nie skrzywdził, nawet przypadkiem, usiłując wyrwać dziewczynce swojego gnata z jej małych, pulchnych rączek.

Dżolka nie dożyła wieku dojrzałego psa. Zdradliwa ruchliwa szosa zabrała do psiego nieba wspaniałego, mądrego pieska. Zginął tragicznie pod kołami pędzącego samochodu, gdy usiłowała przejść na drugą stronę ulicy, na wskutek błędu nieodpowiedzialnego dorosłego, który wszedłszy na podwórze, nie zamknął za sobą furtki.

Zginął tylko pies… ale czy tylko?


1 komentarz:

Unknown pisze...

Słodziutkie,aż sie wzruszyłam:)