poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Dziennik z podróży - dzień drugi


16.08.2008 r. sobota

W Toruniu.

Zajechaliśmy do Torunia. Na samym wstępie pan parkingowy znalazł nam dogodne miejsce tuż przy deptaku Starego Miasta. W strugach deszczu wraz z innymi licznymi turystami rozpoczęliśmy wędrówkę po toruńskich kolorowych uliczkach. Zdjęcie tu, zdjęcie tam i tak obfotografowaliśmy prawie wszystko.

Idąc śladami pamiątkowych aniołków trafiliśmy na Galerię Pod Aniołami. Trzy aniołki trafiły do mojej torebki. Z każdego miejsca, w którym jestem przywożę anioły. One najbardziej mi się podobają. Jednym słowem mam fioła na punkcie anioła. Po aniołkach dostrzegliśmy sklep z piernikami toruńskimi. Wchodzimy:

- O nie, ta kolejka, to stracone dwie godziny!

Wychodzimy.

- O! Poczta.

Postanawiamy wysłać kartki do rodziny. No tak, nie pamietamy wszystkich kodów pocztowych. Zaczyna się dzwonienie do kolejnych osób. Sebastian dzwoni do swojej babci:

- Cześć Babciu1 Dzwonię z Torunia…

-Ależ babciu, tu się nic nie dzieje…

- Uciekajcie stamtąd, szybko. Trąba powietrzna, wichury, ludzie tracą domy, samochody fruwają. Uciekajcie!

- Ależ babciu, tu jest spokojnie. Nic nam nie będzie. Podaj mi kod pocztowy do ciebie.

I tak po pół godzinie babcinych dywagacji, Sebastian uzyskał potrzebną mu informację, by wysłać widoczek Torunia swojej ukochanej babuni.

Niedaleko od poczty widać było kopułę Planetarium toruńskiego. Postanawiamy zwiedzić to słynne miejsce. Pod obiektem kolejka, jak w czasach socjalizmu po papier toaletowy. Ja z Jackiem rezygnujemy a Kasia z Sebastianem zostają z zamysłem wejscia. Po pewnym czasie telefon:

- Gdzie jesteście? Nie czekamy do najbliższego wolnego zwiedzania dwie godziny.

W brzuchach kiszki zaczęły grać marsza. Idziemy coś zjeść.

- Tam widziałam jakąś restaurację.

Posuwamy się we wskazanym przeze mnie kierunku. Jest „Pierogarnia”. Piękne stylowe miejsce. Po wejściu wita nas oszklony prześwit a w dole płynie struga. Okazało się, że na stolik trzeba poczekać dziesięć minut. Te marne minuty nie przeszkodzą nam w ulokowaniu się przy którymś z tych uroczych stoliczków. Zasiadamy.

- Dzień dobry. Mam na imię Sandra i będę miała przyjemność dzisiaj Państwa obsługiwać – powiedziało urocze dziewczę.

Jak miło. Po chwili na stole pojawiły się menu w drewnianych oprawach a w nim piecuchy, lepiochy… wraz z nimi garnczek ze smalcem domowym i koszyczkiem chleba. Głodomory rzuciły się na to bardzo niezdrowe jedzenie, jakby w ogóle nie jadły od tygodnia. Kasia zamówiła lepiochy małą porcję – pięć pierogów, pozostali po dużej piecuchów, także po pięć pierogów. Po otrzymaniu porcji okazało się jaka to różnica pięć piecuchów i pięć lepiochów. Taka, że ja zjadłam dwa piecuchy, a jeden przyjechał z nami do Szczecina z zamiarem podania go Arusi na wystawne śniadanie. Farsz z kurczaka. Było jeszcze nadzienie z mięsa i kapusty, wątróbki z cebulką i pieczarkami, a nie mówię o tych, których nie jedliśmy. Rachunek otrzymaliśmy w drewnianym pierożku, jakie to urocze, milej się płaciło.

Powrócił pomysł kupienia toruńskich pierniczków. Najedzeni mogliśmy stanąć w kolejce. Jacek postanowił zając się psią księżniczką, a my z powrotem na deptak. Stoimy. Jakie tu różności. Pierniczki w standardowych opakowaniach, w metalowych pudełeczkach , a na nich wymalowane zabytki Torunia, seria muzyczna scherzo. Klient przed nami zamawia „sheżo”- ekspedientka wie o co chodzi, ja dopóki nie przyniosła właściwego opakowania nie wiedziałam – taka jestem głupia. Kupujemy: guziczki z różą, pierniczki z nadzieniem wieloowocowym, czekoladowo-orzechowym. Sebastian decyduje się na zabytek i po zakupach. Wielkie firmowe torby i my. Wsiadamy do samochodu i dalej w strugach wody lejącej się z nieba do następnego celu na mapie.

Lipno.

Tutaj tylko bieg przełajowy po cmentarzu miejskim w poszukiwaniu grobów przodków. Nie było. Wielkie rozczarowanie.

Wracamy. Atrakcja turystyczna- informuje kobiecy głos GPS-a. Jesteśmy w niepozornej wsi Zajączkowo. Zmierzcha się. Nic nie zapowiada żadnej ciekawostki.

- Jest!- po lewj stronie w polu stoją ruiny kościółka, na tyle interesujące, że zatrzymujemy się, by zrobić mu zdjęcia. Kościół z XIII wieku, gotycki, jednonawowy, zbudowany z kamienia polnego.

Zakupy w POLMARKECIE.

Na koniec wycieczki zakupy w sklepie, nie liczymy na kolację po drodze, sami sobie zrobimy. Powrót do bazy w Bartlewie w Zagrodzie U Zbyszka. Późnym wieczorem nikt już nie ma siły jeść, tylko Kasia opycha się pierniczkami toruńskimi z różą. Po zjedzeniu pierwszej paczki przychodzi po następną.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

A tu już się nikomu nie chciało czytać czy pisać?