sobota, 2 sierpnia 2008

Epitafium dla Marysi


Epitafium dla Marysi

W pięknym i zielonym mieście Szczecinie, w wielkim domu babci, mieszkała Marysia, wołano ją zdrobnieniem szlachetnego imienia Maria, noszonego w przeszłości przez zapisane w historii królowe.

Marysia wiodła proste życie, nigdy nie chodziła do szkoły, chociaż bardzo chciała nauczyć się pisać i czytać. Nie potrafiła jednak na dłużej zapamiętać literek. Miała wielkie serce, kochające bezinteresownie wszystkich członków swojej wielkiej rodziny. Nie lubiła obcych, kręcących się po domu. Wobec tych, czasami korzystających z toalety, bywała wręcz nieprzyjemna. Krzyczała wtedy:

- Obce srają w domu.

Kolejne dzieci w rodzinie, uczęszczające do szkoły, pobierające pierwsze lekcje w klasach I-III, prosiła:

- Naucz mnie literek.

Posiadała elementarz Falskiego, który był jej największym skarbem, do tego zeszyt w trzy linie i ołówki. Początkowo spędzała czas na mozolnym odwzorowywaniem literek z Grażynką ( jak potem Grażyna obliczyła, Marysia miała wtedy 33 lata), później z Basią. Naśladowanie pisma sprawiało jej niebywałą radość. Do skarbów Maryny ( bo tak też ją nazywano) należały także kolorowe wstążki i nici do wyszywania, zwykle była to mulina, którą próbowała obszywać serwetki lub chusteczki do nosa. Niestety jej sprawność manualna pozostała na poziomie sześcioletniego dziecka. Chętnie dzieliła się swoimi skarbami z okazującymi jej zainteresowanie brataniczkami. W tamtym czasie nikt, oprócz babci, nie wiedział ile Marysia ma lat. Wyglądała, pomimo kalectwa bardzo dziewczęco, nosiła długie włosy, zaplecione w dwa grube warkocze. Pomagała swojej matce w domu i w ogrodzie, zmywała naczynia ( zwane przez nie statkami, można było usłyszeć często wołanie: umyłaś statki!?), zamiatała, robiła proste zakupy, karmiła drobny inwentarz hodowany w przydomowej zagrodzie. Garnęły się do niej bezdomne koty, które dokarmiała i rozpieszczała.

Kochała córki swojego brata, trzy siostry, które dla niej na zawsze pozostały małymi dziewczynkami, w przeszłości pomagającymi jej w realizacji największego marzenia, opanowania umiejętności czytania i pisania.

Dzielnie przyjmowała kolejne odchodzenie najbliższych z ziemskiego padołu. Ojca, braci, wiekowej matki. Dla niej życiem był dom, w którym się wychowała, siostra, bratanice, dla których nigdy nie stała się ciocią, pozostała do końca swoich dni Marysią.

Uwielbiała być obdarowywana, jak małe dziecko witała przychodzących zaglądaniem w torby z zakupami, a może skrywała się tam dla niej tabliczka czekolady lub inny smakołyk. Bywało to irytujące, czego niektórzy nie ukrywali, opędzając się od niej, jak od natrętnej muchy. Zbierała święte obrazki, jej religijność nie wykraczała poza dziecięcą ufność w dobro Boga i świętej Maryi. Wiara i tak większa, niż u zagorzałych katolików, bo w Marysi nie można było dostrzec hipokryzji ogólnie szerzącej się wśród zadeklarowanych wierzących.

Pod koniec, w ostatniej dekadzie jej życia, nie mogła sama uczestniczyć w mszach, bywać w kościele, wtedy kolejni księża pojawiali się u niej w pokoju, a ona przyjmowała ich, jak udzielna księżna, leżąc lub siedząc w pościeli. Cierpiała na zrzeszotowienie kości. Poruszanie się nawet o kulach sprawiało jej wielką trudność. Jej dziurawe jak sito kości mogły w każdej chwili ulec złamaniu. Marysi dokuczał chłód i nawet w upalne dni nosiła ciepłe swetry i białe męskie kalesony, o których mawiała, iż ma , zgodnie z modą, leginsy.

Nigdy się nie skarżyła, nikt nie wysłuchiwał tyrad na temat jej boleści czy dolegliwości. Nie dana jej była kobieca próżność, która uwidacznia się u większości narzekaniem na swój wygląd, kolor włosów, jakiś pryszcz na czole, nie taki nos, za mało smukłe nogi, talię itp. Marysia nigdy nie miała prostych pleców, nie dane jej było w pełni rozwinąć się fizycznie ani psychicznie, ale czuła , jak każdy z nas, czasami odczuwała więcej, przykrości mocno przeżywała, ale potrafiła się wspaniale cieszyć z drobiazgów, było to życie teraz, nie w przeszłości czy przyszłości, ale tu i teraz.

Miała ciało kalekie, ale posiadała piękną, czystą duszę. W swoim długim życiu dała się zauważyć i zaznaczyła wyraźnie swą obecność w rodzinie.

Zawsze była.

Pewnej nocy odeszła, tak cicho, jak żyła, a Grażyna nie zdążyła podarować jej aniołka, którego dla niej kupiła. Na nagrobku przeczytała, że ta pospolita Marysia była właścicielką dwojga pięknych imion Teresa Marianna. Właśnie je odzyskała.

Szczecin, 31.07.2008 r.

Brak komentarzy: