
Jesień
MONIKA TRACI PRACĘ
W życiu bohaterki Moniki Konopczyńskiej nastąpił przełom, który przyczynił się do uaktywnienia jej prawej półkuli mózgu, odpowiedzialnej za zdolności twórcze i intuicję. Poczuła w sobie nieprzeparty przymus pisania. Otworzyła Worda w komputerze i natychmiast napisała w swoim dzienniku:
1. KARTKA Z PAMIĘTNIKA
Środa, 21.11.2002 r.
Dzisiaj, stało się, straciłam pracę! Moja firma padła! W jednej chwili świat mi się zawalił. Projektowałam modele strojów szytych na Zachód. Nie były to jakieś własne pomysły, tylko kopie z katalogów mody i zlecenia kontrahentów na konkretne modele, ale praca stała, chociaż słabo opłacana. Teraz nie mam pracy i nie mam żadnych dochodów. Posiadam za to nadmiar gęb do wyżywienia i odziania. Dwoje dzieci w wieku szkolnym i zgorzkniałego rencistę na dokładkę. Mężczyzna mojego życia nie przetrzymał transformacji gospodarki, z socjalistycznej na kapitalistyczną. / Słabsza płeć?/. Jego serce zaczęło się rozpadać, jak nasze wielkie przedsiębiorstwa i nie nastąpiła regeneracja, tak jak nie podniosły się państwowe molochy postsocjalistyczne. Na wielkiej pompie tłoczącej krew, pozostała po przeobrażeniach blizna, a po państwowych firmach czarna, żarłoczna dziura, zataczająca coraz większe kręgi i pochłaniająca w nicość wszystko oraz wszystkich, którzy napatoczą się na nią.
Nie ma co zapadać się w otchłań rozpaczy. Zaczynam powtarzać za Luizą Hay pozytywne afirmacje:
- Będzie dobrze! – źle!
- Jest dobrze. Jestem jeszcze młoda / O, rany! Zbliżam się do czterdziestki!/
- Na pewno znajdę zatrudnienie.
- Nie stara. / Jak to brzmi?/
- Wykształcona / czyżby, nie znam dobrze żadnego języka obcego /.
- Dyspozycyjna. / Dzieci! /
- Zdeterminowana – na pewno.
- Atrakcyjna / no może tu i tam trochę za dużo, ale nie wnikajmy w szczegóły /. Jutro zaczynam szukać pracy!
Jutro nadeszło, Monika wstała wcześnie. Wyskoczyła po świeże pieczywo na róg i obkupiła się w kiosku z gazetami. Pod pachą dźwigała „Gazetę Wyborczą”, „Głos Szczeciński”, „Kurier Szczeciński”, „Solidarność
i oczywiście „Kontakt”. W „Gazecie Wyborczej” przeczytała:
Firma Handlowa
Branża Poligraficzna
Zatrudni Młodą
Panią do biura
Dalej może nie czytać MłODA – wystarczy, nie ma co!
Następne ogłoszenie:
Pilnie poszukujemy emerytów
Lub rencistów do pracy w charakterze
ŚW. MIKOŁAJA
Oferujemy stałą pracę / przez cały rok? /
Miłe usposobienie, niekaralność / brzuszek, najlepiej męski /.
Dała jeszcze szansę „Kurierowi”:
AVON – super okazja! Telefon numer... / okazja do wydawania pieniędzy, nie do zarabiania /.
Chałupnictwo! / naciągactwo /
Szwaczki / rencistki /, / szkoda, że mój rencista, to nie szwaczka /
Hostessy do hipermarketów. Szczecin / najlepiej z książeczką zdrowia /.
/ młode dziewczyny, pracujące po kilka godzin za kilka złotych od sprzedanej sztuki reklamowanego towaru /.
Rzuciła wzrokiem na artykuł w „Solidarności”:
Niepotrzebni czterdziestoletni...?
Bezrobocie
O człowieku po 44. roku życia socjologowie badający bezrobocie mówią, że jest w "wieku niemobilnym", wskazując w ten sposób jego mniejsze szanse na zatrudnienie. Potwierdzają to badania rynku pracy, a przecież czterdziestolatkowie mają około 20 lat do emerytury.
2002-11-21
Przeglądanie prasy przerwał dźwięk telefonu. Podniosła słuchawkę:
- Słucham.
- Coś ty mi dała za fasolę! Już drugi dzień ją gotuję i ciągle twarda – tak bez zbędnych wstępów podziękowała jej siostra Beata za torbę kolorowej fasolki.
- Może jednak wymaga dłuższego gotowania? Nie wiem - odpowiedziała zgodnie z prawdą.
- Czy ty jej, przypadkiem, nie trzymałaś dwa lata w kuchennych szafkach?
- Jeżeli uważasz, że tak będzie lepiej, to ją wyrzuć i kup sobie inną – zakończyła niemiłą dla siebie rozmowę – wiesz straciłam pracę...- diametralnie zmieniła temat rozmowy.
- Tylko mi nie mów mi o swoich problemach. Nie chcę tego słuchać. Mam dosyć swoich, jeszcze ty będziesz mnie dołować. Daj sobie na wstrzymanie. Weź się w garść i zacznij szukanie nowej pracy. Sama się nie znajdzie.
- Dziękuję ci za wsparcie – powiedziała głośno - szkoda z nią gadać – taka myśl zaświtała jej głowie, ale się nią nie podzieliła ze swoją najbliższą krewną.
RODZINNA IDYLLA
Pogoda za oknem, listopadowa plucha, błoto, przejmujące, wilgotne zimno, odpowiadało jej nastrojowi. Nikt jej nie rozumiał. Mało! Nie chciał wysłuchać. Rodzina liczyła na wsparcie z jej strony, ale nikt nie pomyślał nawet, że jej także czasami by się ono przydało. Musi być zaradna i silna. Tego się od niej oczekiwało.
Najwcześniej ze szkoły wracał syn uczący się w liceum ogólnokształcącym. Ambitna sztuka, co było raczej ewenementem wśród męskiej części, biorąc pod uwagę wiek chłopaka. Trzecia klasa. Wpadł do domu z okrzykiem:
- Głodny jestem!
- Jeszcze za wcześnie na obiad – spokojnie powiedziała Monika.
- Jak to! Nie ma co jeść! – oburzył się Jakub.
- Zrób sobie kanapkę – zaproponowała matka.
W tym momencie potomek spojrzał na nią tak, jakby chciał ją zabić wzrokiem.
- Nie mam czasu. Mam go tyle tylko, by zjeść i lecę. Jestem umówiony. Przecież dzisiaj jest piątek. Mam luzik.
Rodzicielka z pełnym zrozumieniem dla luziku latorośli przygotowała mu stosik apetycznych kanapeczek. „Mały”/ 199 cm wysokości, 45 – rozmiar buta, łapy wielkości bochna chleba, nie dość, że wyżywić trudno, to jeszcze trudniej ubrać/ wciągnął przekąskę w rekordowym tempie.
- No to już mnie nie ma! Aha! Mamuśka – tu jakby się przymilał – Zostawiłem tematy wypracowań. Muszę mieć jedno z nich na poniedziałek. Jakbyś znalazła chwilkę czasu... – rzucił przeciągłe spojrzenie i zatopił je w jej oczach, czym roztopił lód w matczynym sercu Była to propozycja z tych nie do odrzucenia. Nie chciał mieć gorszych ocen z języka polskiego, a wolał swój czas na naukę poświęcić innym zagadnieniom, tym samym ona często go wyręczała, pisząc za niego prace. Czas to ona teraz ma. Przynajmniej zajmie się czymś i nie będzie rozmyślać o swojej nieciekawej sytuacji zawodowej, czyli o braku takowej.
Małżonek właśnie również poczuł głód i przeglądał zawartość lodówki. Towarzyszył mu w tym pies / wielorasowiec, z racji ubarwienia, zwanym Rudy/. Rudy wciskał się pod pachę pana, ponieważ inaczej nie mógłby oddawać się swojej przyjemności wpatrywania się w leżące tam jedzonko. Czasami wspaniale zalatywało jakimś nadpsutym produktem, wtedy usatysfakcjonowane stawały się także jego nozdrza. Obydwaj / pan i jego pies/ wiele czasu poświęcali temu zajęciu. Nawet jeżeli nic nie zjedli, to nacieszyli zmysły.
Mieli też kotkę, arystokratyczną anorektyczkę. Ta byle czego nie brała do swego, wysoko noszonego pyszczka. W ogóle jadała mało i rzadko. Wszyscy przychodzący na jej widok wołali:
- Coście zrobili temu kotu? Zagłodziliście go?! Przecież to sama skóra i kości!
Na mężczyzn w rodzinie koteczka prychała. Tolerowała tylko Monikę i gimnazjalistkę Marikę. Sama dumnie nosiła kocie imię Mona. Wszystkie dziewczyny z tego klanu miały imiona zaczynające się na spółgłoskę „M”.
Ulubionym miejscem, w którym leżała lub na którym siedziała, była szafa, skąd mogła patrzeć z góry na niziny, szczególnie zaliczała do nich Rudego i jego pana.
Wbrew pozorom nie żyli jak przysłowiowi pies z kotem. Tolerowali swoją obecność, nie wchodząc sobie w drogę, tak na wszelki wypadek. Jego drogi wiodły przez pokojowe podłogi, jej prowadziły przez wysokie szafy, górne półki regałów i wszelkie inne domowe wysoczyzny. Miska z wodą stała w kuchennym zlewie a jadła tylko z ręki swoich pań. Czarna piękność z zielonymi, wielkimi oczyma. Kocica z osobowością.
Znacznie później wpadła do domu Marika.
- Wiesz mamcia! Musiałam pogadać z Edytą. Ona ma takieeee proooblemy...
- Mogłaś jednak/ z akcentem na jednak/ się odezwać – wtrąciła Monika.
- Nie mogłam. Po drodze spotkałam Gruchę. Wiesz! Zrobił sobie w pokoju świąteczny nastrój. My się rozglądamy... No ja z Edytą, co tak patrzysz?...Jaki nastrój? A on... Kumasz – tu szukała w oczach matki zrozumienia - pokazuje nam, taką malutką sztuczną choineczkę. Czaisz taką... – pokazuje dłońmi wielkość świątecznego drzewka.
- Powiedz mi dziecko, co to za język: Czaisz, kumasz? – Co to ma być? Jak ze mną rozmawiasz, posługuj się czystą polszczyzną – zażądała.
- Oj! Nie bądź taka drętwa. Tak się teraz mówi.
- Słuchaj lepiej dalej. Myślałyśmy, że się posikamy ze śmiechu, gdyby nam jej nie pokazał, nie zauważyłybyśmy tego jego nastroju świątecznego – prychnęła pogardliwie na koniec wypowiedzi, zatrzaskując drzwi do swojego pokoiku. Marika i jej dziupla.
Ona w przeciwieństwie do brata nigdy nie była głodna. Uważała, że ma zbyt pełne biodra, grube uda, okrągłą twarz. Ohydztwo! Wolałaby pryszcze na twarzy niż tłuszcz na ciele. Uczyć się też nie chciała. Stwierdziła, że zostanie fryzjerką. Zrobi kurs manikiuru i będzie przyklejać tipsy. Do szkoły lubiła chodzić. Tam spotykała większość swoich przyjaciółek. Podczas lekcji trudno jej było wysiedzieć, ale przerwy mogłyby być trzy razy dłuższe. Brakowało jej czasu na wszystkie interesujące je tematy: ciuchy, chłopaki, muzyka. W rozmowie stale chichoczą i przekrzykują się nawzajem. Mówi, że lubi swoją wychowawczynię, ale nie podczas polskiego, kiedy ich zanudza wyciągniętymi z lamusa tekstami, od których się roi w podręczniku pierwszej gimnazjalnej.
- Kogo to obchodzi? – pyta wszystko wiedzącej matki.
- Wiesz, czytaliśmy dziś Biblię, a co to Kościół czy co?!
- Czy co! – odpowiadała na to córce.
Słowotok Mariki bywa nieprzerwany, może tak gadać godzinami. Monika często markuje słuchanie, bujając w tym czasie po sobie tylko znanych obszarach. Na szczęście jeszcze w głowie nikt nikomu nie grzebie. Potakuje wtedy głową niezależnie od tego co słyszy, dając tym samym wyraz swojego zainteresowania problemami swojej dziewczynki.
Cała ta paplanina uzmysłowiła jej, że nieuchronnie zbliżają się święta. Czas prezentów. Książki w jej rodzinie to żelazny punkt w świątecznym programie. W swojej klubowej gazetce Świata Książki przeczytała o świetnej promocji: wprowadza do Klubu nową osobę i dostaje dwie książki za pół ceny, jedną gratis i jeszcze na dokładkę prezent! Przedmiot do wyboru. Wybrała nowoczesny radiobudzik. Wspaniale! Niedrogie podarunki pod choinkę. Wprowadziła swoją matkę. Dojrzała dama sama lubiła czytać, więc nie miała nic przeciwko temu przedsięwzięciu. Po tygodniu odebrały paczkę. Otwierała ją sama. Przecież to miała być niespodzianka. Niezwłocznie zabrała się do uruchamiania radia z budzikiem w jednym. W zgrabniutkim zestawie leżały także słuchawki oraz baterie. Cały śliczniutki, niebieściutki. Baterie zamontowane a on nie działa. Światełko nie chce się świecić, co tu dopiero mówić o tym, by grało. Cisza. Jakaś lipa. Wiatr biednemu w oczy wieje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz