sobota, 23 sierpnia 2008

Stało się


Stało się

Grażyna z córką Urszulką wracały z przedszkola do domu. Ula zadowolona z tego faktu wesoło podskakiwała, nie przestając mówić i zadawać tysiąca pytań, nie powiązanych ze sobą tematycznie. W końcu zaskoczyła matkę:

- Mamo, dlaczego my nie mamy dzieci w rodzinie, a inni mają po dwoje, troje a nawet pięcioro?

Grażyna czekała na dalszy rozwój rozmowy, bo może to było jedno z tych pytań zadanych, a za nim pójdą inne, nie koniecznie o tym samym.

- Chciałabym mieć chociaż jedno. Może być chłopczyk albo dziewczynka. Nie, jednak wolałabym dziewczynkę- zdecydowała ostatecznie córka.

Na takie pytanie trudno odpowiedzieć pięcioletniemu dziecku, tym bardziej, że dorosłym wystarczała w zupełności jedna Ula za wszystkie dzieci świata. Matka z namysłem odpowiedziała:

- Być może, przyjdzie taki czas, że pojawi się w naszej rodzinie twoja siostrzyczka lub braciszek. Dziecka nie da się kupić, trzeba czekać.

- Jak długo? – dopytywała dociekliwie.

- Nie wiadomo – zakończyła ten wątek rozmowy nagabywana.

Minęło od tej rozmowy kilka lat. Ula kończyła edukację w drugiej klasie szkoły podstawowej. W maju przystąpiła wraz z rówieśnikami do pierwszej komunii. W czerwcu, w białej sukience sypała kwiatki na procesji Bożego Ciała. Zmieniło się to, że przestała zadawać pytania. Być może, to szkoła zabiła w niej tę dziecięcą ciekawość i dociekliwość. W ławce miała siedzieć cicho, tego wymagali od niej i innych uczniów nauczyciele. Jednak Grażyna zapamiętała to szczególne pytanie o rodzeństwo, a raczej o jego brak. Od pewnego czasu zaczęła poważnie myśleć o powiększeniu rodziny. Nie chciała pozbawiać jedynaczki towarzystwa brata lub siostry. Szczególnie ważne mogło by się to okazać w dorosłym życiu jej dziecka lub dzieci. Więzy krwi znaczą więcej niż największa przyjaźń. Małżonek także nie może zastąpić rodzeństwa. Ma do odegrania w życiu inną rolę.

Tego lata po zakończeniu roku szkolnego obie udały się w dziesięciodniową autokarową wycieczkę w Sudety. Przejęta Urszula po raz pierwszy odbywała podróż w góry. Zwykle wakacje rodzina spędzała nad morzem, nad jeziorami zachodniopomorskimi lub w lesie w stanicy myśliwskiej.

Czekała je nieustanna jazda autokarem, więc rodzicielka zaopatrzyła prywatną apteczkę w duże ilości leku przeciw chorobie lokomocyjnej. W drodze okazało się, że lek potrzebny jest nie tylko córce, ale i matce. Grażyna przypisywała ten stan rzeczy krętym górskim drogom. W dzieciństwie przecież także cierpiała na tę dolegliwość.

Wycieczka okazała się być bardzo interesująca, również dla Grażyny, chociaż ona do piętnastego roku życia rokrocznie bywała w Sudetach. Ten wyjazd nie tylko odświeżył jej pamięć o poznanych okolicach i obiektach zabytkowych, ale zobaczyła i poznała znacznie więcej. Prawdą jest, że każda podróż kształci.

Uczestnicy wycieczki, a raczej uczestniczki, były nimi nauczycielki i te pracujące oraz te będące już na emeryturze, ponieważ wyprawę organizował Związek Nauczycielstwa Polskiego, mieszkali w hotelu w samym centrum Strzegomia, pięknie położonym na Wzgórzach Strzegomskich, gdzie do dzisiaj wydobywa się granit w kopalniach odkrywkowych. Tutaj była baza noclegowa wycieczkowiczów. Stąd co dzień wyjeżdżali rano, a zjeżdżali późną nocą. W ten sposób zjeździli i zwiedzili całe Sudety od Karkonoszy począwszy a na Kłodzku i Górach Złotych skończywszy.

Największe wrażenie na obu podróżniczkach zrobiły wnętrza barokowych kościółków przycupniętych w dolinach w miasteczkach regionu. Nowość dla Grażyny o Uli nie mówiąc, bo to oczywiste, że wszystko dla niej było nowe, stanowiły wystawiane przy klasztorach szopki, które można by zaliczyć do dzieł sztuki ludowej. Tak bogatej sztuki religijnej nie ma na Pomorzu Zachodnim. W zachodniopomorskim nawet we współczesnych kościołach panuje asceza w wystroju wnętrz świątyń. Przepych baroku i późniejszego rococo musiał na nich sprawić wrażenie. W tych kościołach nie sposób by się nudzić, czas mszy upłynąłby w oka mgnieniu na delektowaniu się arcydziełami sztuki.

Pełne ochów i achów powróciły do domu. Wkrótce okazało się, że choroba lokomocyjna Grażyny jest ciążą. Po upewnieniu się, że to fakt niezbity, podzieliła się radosna wiadomością z mężem a później z córką.

Bardziej dorosła Urszulka, już nie tak spontanicznie i z radością zareagowała na wieść o powiększeniu rodziny, raczej z obawą, co to będzie?

Nadszedł czas wybierania imion dla dziecka. Wspólnie ustalili, że jak chłopiec, to Maciek a dziewczynka… Nie, to na pewno będzie chłopiec. Rodzina zupełnie nie była zdecydowana, jakie imię powinien nosić noworodek płci żeńskiej.

„Maciek” rósł i kopał. Rozpychał się wyciągając nóżki, wtedy wyczuwało się stópkę nienarodzonego dziecka, kładąc rękę na brzuchu matki.

Pewnej nocy kobieta w błogosławionym stanie poczuła się , na tyle źle, że mąż wezwał karetkę pogotowia. Zabrano ją do szpitala na oddział położniczy. Rano o godzinie 10 z minutami pojawiła się na świecie malutka, z czarnymi stojącymi włoskami , istotka. Pojawiła się pomimo usilnych zabiegów lekarzy, by jeszcze do tego nie dopuścić, ponieważ mogłaby jeszcze miesiąc przebywać w bezpiecznej przestrzeni pod sercem matki.

Położnica ( w szpitalu nikt nie miał nazwiska i imienia) spojrzała na córkę, którą położono jej na brzuchu i już wiedziała:

- Na świat bardzo spieszyła się Kasia.

Wcześniak Kasia po dwóch tygodniach po urodzeniu pojawiła się w domu. W szpitalu pielęgniarki misternie wyczesywały pióropusz panka na jej głowie. Miała czub, ale nie różowy. Przy wypisie poinstruowały rodziców czego maleństwo nie lubi:

- Nie lubi zbyt ciasno zawiniętej wokół ciała pieluchy;

-rączki musi mieć na wierzchu;

- nie lubi, kiedy jest jej za gorąco…

Jak z instrukcji widać dała się personelowi poznać i potrafiła wyegzekwować swoje preferencje w dziedzinie ubioru i temperatury otoczenia. Silny charakterek już od momentu narodzin.

Pokój w domu został przygotowany na przybycie nowej lokatorki. W pokoju dziewczynek stanęło niemowlęce łóżeczko. Grażyna robiąc w nim porządki, znalazła kalendarzyk starszej córki , a w nim pod datą urodzenia młodszej zapisek:

-STAŁO SIĘ!

Lakoniczny, ale bardzo wymowny.



Kiedy maleństwo pojawiło się w jej pokoju, gdy co wieczór leżało wykąpane i pachnące, gotowe do snu, Ula głaskała Kasię po główce, całując w kosmaty czubek szeptała:

- Kocham Cię Kasiu.

1 komentarz:

Unknown pisze...

CUUUUDDOOOOOOWNEEEEEEEE!!!!!!!! Ja chcę więcej:D