Ucieczka z domu dziadków
Patrząc wstecz stanowiliśmy piękną rodzinę. Przystojny ojciec, piękna matka i trzy udane córki. Wychuchane, rozpieszczone i zawsze zgodnie z obowiązującą modą ubrane. Kiedy byłam już mężatką i leżałam w szpitalu po porodzie pierwszej córki, uświadomiła mi to sąsiadka na łóżku szpitalnym, która okazała się być naszą sąsiadką z jednego z domów obok. Starsza ode mnie o kilka lat. Znałam ją z widzenia, ale my nie utrzymywaliśmy kontaktów towarzyskich z okolicznymi ludźmi, żyliśmy w ścisłym własnym kręgu, często nie uświadamiając sobie, jak jesteśmy bacznie obserwowani.
- Pamiętam cię- zagaiła rozmowę – pamiętam całą waszą rodzinę. Takie piękne zadbane dziewczynki, zawsze ślicznie ubrane i wyczesane. Miło było na was popatrzeć.
Latem 1966 roku rodzice wybrali się na wczasy w Karkonosze do Szklarskiej Poręby. O wczasy wtedy nie było trudno i nie kosztowały majątku, w swojej nazwie nosiły przymiotnik pracownicze. Zabrali ze sobą tylko jedną, średnią córkę, Iwonkę. Pewnie dlatego, iż myśleli, że przy jednym z trojga dzieci bardziej wypoczną i będą mieć więcej czasu dla siebie. Starsza Grażyna, wtedy czternastoletnia i młodsza Basia zostały umieszczone na dwa tygodnie w obszernym, gościnnym domu dziadków, Bronisławy i Stanisława.
Grażyna została ulokowana w sypialni Marysi a Basię przygarnęła jej chrzestna, stryjenka Halina, która miała niewiele młodsze od niej, dwie córki; Elę i Melę( Mela zdrobnienie od Mirella). Razem z dziewczynkami zawitał w gości ich pies o imieniu Misiek. Kudłate zwierzę, przypominające owczarka nizinnego, gdyby nie jego umaszczenie, odbiegające od standardowego dla owczarków czarno-białego. Misiek został przygarnięty przez rodzinę, prawdopodobnie był to pies po przejściach, znaleziony w okolicy fabryki, głodny i zaniedbany. Wykąpany, wyczesany, zaszczepiony przeciw wściekliźnie został udomowiony przez trzy siostry. Zwykle spał z Grażyną, jako najstarsza miała przewagę nad siostrami, nie tylko fizyczną.
Lokalizacja w sypialniach nie miała znaczenia w dzień. Cały dom i piękny ogród wokół był do dyspozycji nieletnich gości. Niestety od progu dziadek ogłosił obowiązującą w jego domu zasadę:
- Miejsce psów jest na podwórzu!
Ta wytyczna w całości była nieakceptowana przez Grażynę.
Po dwóch dniach pobytu dziewczyna postanawia zabrać psa i wrócić do niezbyt odległego domu w pobliskiej dzielnicy, jakieś pięć kilometrów, ponad godzinę spaceru szybkim krokiem. Nie chciała psa przewozić autobusem, więc wybrała pieszą wędrówkę. O tym, że idzie i nie ma zamiaru wrócić powiedziała tylko siostrze i Marysi. Wiedziała, że dziadkowie nie wydaliby pozwolenia na takie fanaberie. Los psa, któremu przypadło podczas wakacji zasmakować życia psa podwórzowego, także miał wpływ na tę decyzję. Głownie jednak chodziło o nieprzespane w Marysinym pokoju noce. W jej małym pokoiku przez ostatnie dwie noce, Grażyna przesiedziała w otwartym oknie, by załagodzić duszności, nie pozwalające jej spać. Stare domy nie służyły jej zdrowiu, może chodziło o zawilgocenie murów, powodujące rozwój mikroskopowych grzybów, a może wszechobecna kocia sierść, powodowały taką reakcję alergiczną.
I tak to, nie zastanawiając się nad ewentualnymi konsekwencjami, wzięła Miśka na smycz i radośnie podążała w kierunku swojego domu. Wiedziała, gdzie rodzice zostawili klucze. W czasie ich nieobecności fachowcy mieli wymalować mieszkanie, ściśle według wskazówek babci Heleny, znającej się na nowych trendach, obowiązujących we wnętrzach mieszkalnych. Pokój najstarszej zdążyli skończyć przed wyjazdem gospodarzy. Dwie ściany ciemno-zielone, pozostałe, łącznie z sufitem , kanarkowe. Pokój rodziców, będący zarazem salonem czekało wrzosowo- różowe szaleństwo. Pokój młodszych sióstr w tonacji niebiesko- ultramarynowej. Awangarda lat sześćdziesiątych wkroczyła do naszego domu(nawiasem mówiąc, ten wrzosowy ojciec przeklinał przez wiele lat, nie mogąc się go pozbyć z sufitu).
Po dotarciu na miejsce weszła do domu. Nie zauważyła śladów bytności kogokolwiek w czasie ich nieobecności. Rozpoczęła samotne prawie dwa tygodnie. Wyprowadzała psa, karmiła. Spotykała się z koleżankami ze szkoły. Zbierała w lesie jagody. Gotowała pierwsze swoje pierogi. Zadowalała się chlebem z domowymi konfiturami, których nigdy nie brakowało. Po kilku dniach odwiedziła ją Marysia z siostrą Basią. Przyjechały miejskim autobusem. Przybyły z misją od babci. Próbowały nakłonić ją do powrotu, gdy się to nie udało, zostawiły trochę pieniędzy i wróciły do domu dziadków. Ona sama czuła się w domu rodzinnym bardzo dobrze, duszności ustały i nie miała zamiaru tego zmieniać.
Mniej więcej po tygodniu takiego życia zjawił się dziadek Stanisław. Bardzo oficjalny przyjechał po niesforną wnuczkę.
- Wiem, co się tutaj dzieje, wam tylko chłopaki w głowie, nie nauka!
Wypowiadał te słowa do jednej z najlepszych uczennic w klasie, ze świetnym świadectwem a na dodatek w czasie zasłużonych wakacji. Można by do tego jeszcze wtrącić, że do mola książkowego, który z niecierpliwości doczekania nowego roku szkolnego, przeczytał wszystkie czytanki w podręczniku do języka polskiego.
- Nie wrócę. Źle się tam czuję, mam duszności- odrzekła, nie ustosunkowując się do całej wypowiedzi dziadka.
- Rodzice pozostawili ciebie pod moją opieką. Jestem za ciebie odpowiedzialny. Musisz wrócić – senior nie zakładał odmowy.
- Mogę spędzać u was dnie a na noc wracać do domu – negocjowała Grażyna – Pies także zostanie. Będę go wyprowadzać rano i wieczorem. Przyjadę jutro- zakończyła.
Dziadek- O dziwo! – Przystał na te warunki. Nie zastosował żadnego środka przymusu wobec niezwykle krnąbrnej smarkuli. Wynegocjowała kompromis, który ją zadowalał. Lubiła dom dziadków, ogród w którym bywała od wczesnego dzieciństwa. Liczne kryjówki przed światem i natrętnym towarzystwem. Można się było w nim zaszyć i czytać godzinami albo marzyć lub wygrzewać na słońcu, jak kotka.
Grażyna przyjeżdżała na śniadanie, na które schodziło się do dużej kuchni. Na wielkim stole pojawiały się świeże bułki i chrupiące rogale z pobliskiej piekarni, w której pieczywo zwykle kupowała Marysia. Bułeczki cudownie pachniały, a ich smak pozostał zapamiętany na zawsze. Grażyna w każdej współczesnej bułce szukała tego zapachu i smaku. Dom przy Batalionów Chłopskich, w którym mieściła się piekarnia nadal istnieje, tylko piekarni już nie ma. Nie ma także pulchnej dziewczynki o cherubinowej zaróżowionej twarzyczce, którą okalały misternie wyczesane, naturalnie skręcone blond loczki córki piekarza.
Do pieczywa podawano margarynę „Palmę”, o której dziadek wspominał, że przed wojną robiono ją na bazie oleju palmowego, ale ta z palmy miała tylko nazwę. Do świeżego chleba wspaniale pasował smalec domowej roboty ze skraweczkami i cebulką. Było też masło, ale je dostawał tylko najmłodszy syn dziadków Bolesław, o pięć lat starszy od Grażyny. W domu wołano na niego Andrzej, a bywająca od czasu do czasu u swojej córki prababcia dziewczynek a jego babcia zwracała się do wnuka ze staropolska Jędrzej.
- Jędrzej to, Jędrzej tamto, co brzmiało nieco dziwnie.
Prababcia do późnej starości( żyła 92 lata) podróżowała między Gdańskiem a Szczecinem, gdzie mieszkały jej córki. Nosiło ją, jakby nie umiała usiedzieć w jednym miejscu dłużej.
Babcia nieźle gotowała i to takie potrawy, które wraz z nią zniknęły z naszych stołów. Czernina o wybornym smaku z dużą ilością śliwek i jabłek i jeszcze przypraw, których proporcje razem z przepisem zabrała ze sobą do grobu. Nikt z rodziny nie hoduje już drobiu, nie spuszcza krwi z niedobitej do końca kaczki i raczej nie delektuje się smakiem tak przyrządzonej zupy. Protestowaliby obrońcy zwierząt i bardziej świadomi okrucieństwa dorośli. Z reszty kaczki także powstawały przysmaki. Z nieuszkodzonej skóry szyi wyczarowywała kiszkę ziemniaczaną. Niezrównany smak. Czasami pojawiają się znajomo brzmiące nazwy w sklepach, ale trudno doszukiwać się w nich zapamiętanych smaków. Nikt nie gotuje już zup rybnych i raków z przydomowego strumyka, którego zresztą ,także już nie ma.
Dla dziadka Stanisława, niewątpliwie, porażką było przystanie na warunki wnuczki i pozostawienie jej domu . Świadczyła o tym gwałtowna kłótnia między nim a rodzicami dziewczyny, po ich powrocie z wypoczynku. Nasłuchali się o źle wychowanej, bezczelnej córce. Rodzice nie pozostali dłużni i wypomnieli im lokum, w którym umieścili ich najstarszą latorośl. Na pewien czas bardzo się na siebie po obrażali. Grażyna nie poniosła żadnych złych konsekwencji swojej ucieczki z domu dziadków. Rodzice tylko ją poinformowali o zaistniałej kłótni, której nie była świadkiem.
Pięć lat później dziadek Stanisław zmarł w wieku siedemdziesięciu pięciu lat. Nie przypuszczała wcześniej, że jest tak daleko posunięty w latach. Myślała, że może góra mieć około sześćdziesiątki. Geny ich rodu długo pozwalały na młody wygląd oraz gładką i świeżą cerę.
Być może wiek sprawił, że na swój sposób tolerował postępowanie swojej najstarszej wnuczki i z powodu dużego doświadczenia życiowego, posiadał głęboką mądrość, której nie można w inny sposób nabyć.
Wraz z jego odejściem dom zaczął podupadać, Skończyły się wspólnie spędzane święta. Rodzina w pełnym składzie zaczęła się spotykać tylko z okazji kolejnych pogrzebów. Każdy nad tym po ubolewał, nie starając się nawet zmienić tego stanu rzeczy. Zabrakło osoby wokół, której koncentrowało się życie rodzinne. Trudno powiedzieć czy żyjący zdają sobie z tego sprawę.
2 komentarze:
Napisz czasami cos tez z naszych czasow nie tylko z okresu dziecinstwa;)
ok!
Prześlij komentarz