niedziela, 29 czerwca 2008

Pęknięte lustro cz.6


Mamusiu kochana!

Zabij mnie, żebym nie musiała tak cierpieć. Tak łajdacko i bezsensownie, idiotycznie. Gdybym tylko w tym momencie trzymała nóż... Mówię jak obłąkana, ale w końcu mam coś z głową. No, bo jak można być taką masochistką i lgnąć do ludzi, którzy cię nie chcą... Może i brak mi miłości. Tak na pewno brak mi miłości osób, które ja kocham, ale one mnie nie chcą, dlaczego?! Muszę być naprawdę obleśna, wstrętna z tymi wałkami tłuszczu na biodrach i udach. Sama nie mogę patrzeć na siebie! Co to za pomysł, żeby tyle luster powiesić w domu?! Nie wiem jak mam się koło nich przemykać, by w nie, nie spojrzeć! Więc jak dalej żyć? Przecież to nie ma sensu, osoba, którą najbardziej kocham na świecie, ma mnie głęboko i to się pewnie nigdy nie zmieni. Wszystkie osoby mają mnie głęboko! Przecież powinny wiedzieć, że ja cierpię. Kocham i cierpię! On tak pięknie wygląda na ekranie telewizora. Tak pięknie mówi a nie odzywa się do mnie na czacie, nie odpisuje na maile. Zawsze, kiedy patrzę na to jak inni ludzie się kochają. Przyjaciele, którzy są ze mną na dobre i na złe. Boże! Jak ja im zazdroszczę! Gdybym miała coś z masochisty, porzuciłabym własne zasady i włączyłabym się do tej wspaniałej sekty. Tak to nazywam. Ludzkość, to sekta. Udawać, że myślę tak jak oni, a wszystko po to, by zaznać trochę miłości. Może powinnam zmienić płeć, przecież mężczyzna błagający o miłość kobiety postrzegany jest jako romantyczny i wrażliwy a kobieta błagająca o miłość mężczyzny to szmata. Wszyscy się ze mnie śmieją: pani doktor, mama, ludzie i sam mój ulubieniec, śmieje się ze mnie z ekranu. Nikt mi nie wyrządził tylu krzywd, co on. Jego słowa mnie ranią. Mogłyby mnie zaprowadzić do nieba, ale w ciągu kilku minut ciszy, niewypowiedziane zabijają. Zabijają moją duszę. Wielu mnie raniło, deptało moją godność a w najlepszym wypadku mnie ignorowało. Klasowa śmietanka panienek, rasowe Barbi, samym pogardliwym wzrokiem wbijały mnie w podłogę. Rozdeptywały jak robaka. Wychowawczyni z podstawówki. Jak ona mnie nienawidziła. Przyjaciółka z psychiatryka, która wystawiła mnie do wiatru. Zawiodłam się. Chciałam wierzyć w przyjaźń. Poznałam jej smak w szpitalu. Ona dla mnie znaczyła wiele. Wszystko. Ja dla niej nic.

Ilona po powrocie z kościoła ( był to czas rekolekcji nie tylko w liceach) została wezwana na dywanik do szefostwa. Właśnie przekroczyła próg szkoły. Był piątek najprzyjemniejszy dzień w tygodniu, bo z perspektywą na weekend. Weszła do gabinetu, dyrektorka, nie zdradzając uczuć mimiką twarzy, wskazała podwładnej miejsce na krzesełku:

- Gdzie pani była podczas zebrania?- zapytała przełożona o wywiadówkę z wtorku przed rekolekcjami.

- Zebranie miałam o szesnastej, a ze szkoły wyszłam o osiemnastej – odpowiedziała Ilona.

- No właśnie! Dzwonię na telefon stacjonarny. I co?! Nie ma takiego numeru.

/ No nie ma. I co? Zabijesz mnie za to?- pomyślała sobie nagabywana/.

- Dzwonię na telefon komórkowy - kontynuowała swoją opowieść wściekła pani dyrektor- Pani nie odbiera! Powinna pani być do dziewiętnastej w szkole / No tak. Jak to mawiała matka Ilony, należało odsiedzieć dupogodziny/. Przed szóstą już pani nie było! Rodzice chcieli z panią rozmawiać!

- Wyszłam wcześniej. Nie sądziłam, że ktoś zechce ze mną rozmawiać. Do tej pory to się nie zdarzyło.

- Może, dlatego! - wyraziła swoje przypuszczenie władza.

- No nie wiem - odezwała się oskarżana - Jednak nie zepsuje mi pani dzisiaj dobrego humoru.

- Nie jest to moim celem, ale pani była nieobecna w pracy. Rodzice o panią pytają, a ja nie wiem, gdzie pani jest. W jakim świetle mnie pani stawia?!

- To jest pani punkt widzenia.

- Nieeee...to nie jest mój punkt widzenia, to jest fakt. Mogłabym poprosić panią o pisemne usprawiedliwienie i zamieścić je w pani aktach.

Ilonę śmieszyła cała ta sytuacja. To tak, jakby lamentować nad rozlanym mlekiem. Sprawa nie warta zachodu.

- Z mojego punktu widzenia byłam tylko niekoleżeńska, w podobny sposób niekoleżeński był kolega Tomasz, gdy nie chciał dyżurować na dyskotekach.. Tak się wtedy pani wyraziła: „On jest tylko niekoleżeński”.

- Przepraszam, jeżeli moim wyjściem po angielsku naraziłam panią na kłopoty – Nauczycielka uważała, że uprzejmości nigdy nie za wiele.

- Powinna się pani u mnie zwolnić! - upierała się przy swoim Dyrekcja.

- Chciałam się ulotnić po angielsku, niestety nie udało mi się. Mogę tylko jeszcze raz przeprosić, jeżeli to panią uraziło - po tych słowach wstała i wyszła na zewnątrz.

Tego samego dnia woźna z trzeciego piętra zagadnęła Ilonę:

- Pani Ilonko, co też dyrektorka wyrabiała we wtorek. Czerwona się zrobiła, jak nie mogła pani znaleźć. Pobiegła do gabinetu dzwonić. Uczniów wysyłała, żeby poszukali w okolicy, bo może jeszcze gdzieś jest pani w pobliżu. Wariactwo!!!

- Szkoda, że nie zawiadomiła policji, że jej nauczyciel zaginął - wtrąciła ta, przez którą było tyle zamieszania.

Karolina, uczennica z samorządu uczniowskiego poinformowała swoją opiekunkę:

- Nas pani dyrektor też pytała czy wiemy, gdzie pani jest. Zastanawiałam się nawet czy nie zadzwonić na komórkę, ale zrezygnowałam.

- Karolinko, jest dobrze, nie pierwszy i nie ostatni raz nas ochrzaniają.

- W tej szkole tak - filozoficznie stwierdziła uczennica.

- No właśnie- zakończyła temat.

W szkole Ilona pewna była swoich działań i profesjonalizmu, a w domu stawała się nieporadną i zagubioną w życiu matką.

W poniedziałek, gdy zadzwonił dzwonek na lekcję i nauczycielka poszła pod klasę. Jej wychowankowie stali w równym szeregu jak nigdy.

- Proszę pani, dzisiaj ładnie ustawiliśmy się pod klasą - jak zwykle trochę za głośno wykrzyczał Kraszana.

- Wy się dzisiaj do mnie nie odzywajcie, bo jestem zła.

- Ale nie na mnie - upewnił się chłopiec.

- Akurat nie! Ale mam poważne powody do gniewu. Wejdźcie do klasy

i spokojnie zajmijcie swoje miejsca.

Uczniowie jak najczulsze barometry wyczuwali, że burza wisiała w powietrzu. Napięcie sięgało zenitu. Czuli, że tym razem to nie przelewki. Spokojnie zajęli miejsca, przygotowali podręczniki do języka polskiego i czekali na rozwój wydarzeń. Lekcja przebiegała bez zakłóceń. Praca z młodzieżą uspakajała Ilonę. Oni zawsze byli w stanie ją rozśmieszyć. Ten żywioł wymagał żywiołowych reakcji, nie można było zaprzątać sobie głowy własnymi kłopotami, tutaj brakowało dla nich miejsca.

Następnego dnia zaczęło się od lekcji języka polskiego. W sali 25 uczniowie z klasy trzeciej „i” pracowali w maksymalnym skupieniu, w takim, na jakie ich stać po dłuższym leniuchowaniu. Bądź, co bądź rekolekcje dawały uczniom chwile wytchnienia od nauki. Od czasu do czasu ktoś zadawał pytania, by rozwiać swoje wątpliwości podczas rozwiązywania ćwiczeń z gramatyki. Względny spokój i atmosferę pracy zakłóciło nagłe wtargnięcie do sali wychowanka Ilony, ucznia klasy trzeciej „h”. To już po raz trzeci ktoś z tej klasy wpada, by przedstawić swój problem i konflikt z nauczycielem prowadzącym z nimi lekcję.

Pani rzuciła groźne spojrzenie na delikwenta przeszywając go nim na wskroś i po chwili odezwała się:

- Nic nie mów. Wiem, po co przyszedłeś. Od razu możesz wykonać w tył zwrot i wrócić do klasy. Sam wiesz, co powinieneś zrobić.-

- A l eeee, proszę pani... – Biedak próbował coś wyjaśnić.

- Dosyć! Mam was po dziurki w nosie! Odmaszerować! –

- A l eeee, proszę pani, ja muszę coś powiedzieć – prawie błagalnie i dziwnie pokornie podopieczny starał się wyartykułować to, z czym przyszedł.

Nauczycielka po krótkim wahaniu doszła do wniosku, że może nie chodzi tutaj o to, co zwykle, czyli o problemy wychowawcze.

- No dobra Jasiek, mów – łaskawie zezwoliła.

- Proszę pani, pani od historii prosi o kawałek kredy – nieszczęśnik wyrzucił z siebie jednym tchem, w obawie, że nie będzie mu dane skończyć.

W tym momencie wszyscy w klasie łącznie z nauczycielką roześmiali się serdecznie. Takiego zakończenia nikt się nie spodziewał, nawet uczniowie trzeciej „i”, znani ze swoich wyskoków.

- Masz szczęście Jasiu, bo już chciałam, by zaopiekowali się tobą twoi koledzy z klasy trzeciej „i”. Bierz kredę i zmykaj.

Jasiek skwapliwie skorzystał z pozwolenia i szybko się ulotnił, wracając na własną lekcję.

W tym dniu czekała ją jeszcze lekcja z Jasiem i jemu podobnymi. Nie spodziewała się lekkiej pracy. Miała to być jej i ich ostatnia godzina.

Na wstępie Bartek koniecznie chciał przeczytać swój tekst do breackdacowej piosenki.

- No dobrze przeczytaj - pozwoliła polonistka.

B.B. zaczął czytać:

* * *

Nasza szkoła jest fajna

Położona w centrum miasta

Publiczne gimnazjum

Numer czterdzieści cztery

Każdy policjant je zna

Nauczyciele to nasi przyjaciele

My się nogami i rękami zapieramy

A oni nas w nieprzyjazny świat zewnętrzny

po trzeciej klasie wypychają

Tworzymy niezłą mieszankę

Modne dwa w jednym

Jeden to diablęta inaczej

Dwujęzyczni i ambitni

Dwa to szkoła przetrwania

Anioły na wygnaniu

Chłopaki swojaki

Bezbłędnie rozpoznajemy się w tłumie

Instynkt do siebie nas pcha

Krew się niektórym z nas burzy

Rozniesiemy cały tabun tchórzy

Będzie nam schodził z drogi ten

Kto ma zdrowe nogi

Szkoła lub zdrowie

Wybór należy do ciebie

My nikomu krzywdy nie robimy

My się tylko bawimy.

- Brawo!!! - trzecioklasistom spodobał się wiersz kolegi.

- Proszę pani, on ma talent - szukał potwierdzenia Edzio.

- Ma talent, na pewno i nie tylko do tego - zakończyła wychowawczyni przerywnik w lekcji.- Otwórzcie podręcznik do języka polskiego na stronie pięćdziesiątej czwartej - poleciła uczniom.

- Podręcznik czy ćwiczenia? - spytała rezolutnie Ola.

- Przecież pani powiedziała podręcznik! - Radek nie wytrzymał.

- Proszę pani! On mówi o pająku! - z obrzydzeniem krzyczy arachnofobka Gosia Dudziak.

- Ja wcale nie o pająku tylko o pajęczakach - broni się wskazany.

- Nasza pani wcale nie jest zainteresowana pajęczakami - wtrąca Ola Raduńska.

- Adrian zaczyna czytać na głos -Ilona przerywa potok słów swoich uczniów.

- Orfeusz... zaczyna czytać chłopiec.

- Ja wiem! Ukąsiła go żmija Tak proszę pani? - wyrwał się Konrad

- To nie w tym micie - cierpliwie prostuje nauczycielka.

- A Kraszana z Bilą romansują...- wykorzystuje przerwę w czytaniu Sroka.

Nauczycielka prosi następnego ucznia:

- Gabrysia czytaj dalej.

Pozornie uczniowie spokojnie słuchają czytanego tekstu, ale dla bystrego obserwatora toczyło się tutaj bujne życie podziemne. Prowadząca lekcję przechwyciła krążący po klasie liścik. Postanowiła go przeczytać:

- Na pierwsze odpowiadam ci nie - to napisz - podpis Weronika

Kraszana z Bilą także wymieniają się korespondencją. Gabi nadal czyta.

- Cicho, teraz ja - Jasiek koniecznie pragnie czytać na głos, ale skończył swoje popisy na trzecim wyrazie -

- Orefusz...

- Orfeusz - został poprawiony.

- Ale tak tu pisze - zaprotestował.

- Nie pisze, a jest napisane - prostuje przy wtórze kilku innych głosów.

Nauczycielka uważniej przyjrzała się tekstowi:

- Rzeczywiście, ale to jest błąd w tekście. Powinno być Orfeusz.

- To ja już nie chcę - zniechęcił się Jasio.

Chwila wytchnienia i powstała pustka została natychmiast wypełniona dygresją:

- A proszę pani wygraliśmy wczoraj z trzecią „c”. W tym roku królem strzelców też będzie Bila.

Mit o Orfeuszu znów w odstawce. Maks skoncentrował całą swoją uwagę na dokładnym rozkręcaniu długopisu. Mozolnie dłubał pulchnymi paluszkami w mikroskopijnych elementach przyboru do pisania. Wołczkowo leżało bez życia na ławkach, demonstrując skrajne przemęczenie wchłanianiem kurzu z sal lekcyjnych.

- Eurydyka..- .słychać donośny głos Gabrieli.

Doszli już do Eurydyki. Nie było tak źle. Lekcja wolno, ale systematycznie posuwała się na przód. Doczytali do końca.

- Ja chcę mieć czwórkę z polskiego - krzyczy Konrad.

Krzyczy, ponieważ nie potrafi mówić. Wykrzykuje każde swoje zdanie w obawie, że nikt go nie zechce słuchać. Można go zrozumieć. Wszyscy się od niego opędzają, jak od natrętnej muchy w domu i w szkole.

- Chcesz czytać? - zapytała pani od polskiego.

- Ja? - zapytał zdziwiony - Ja, nie chcę - broni się przed trudnym zadaniem ambitny uczeń.

Brak komentarzy: