
Mamusiu kochana!
Zabij mnie, żebym nie musiała tak cierpieć. Tak łajdacko i bezsensownie, idiotycznie. Gdybym tylko w tym momencie trzymała nóż... Mówię jak obłąkana, ale w końcu mam coś z głową. No, bo jak można być taką masochistką i lgnąć do ludzi, którzy cię nie chcą... Może i brak mi miłości. Tak na pewno brak mi miłości osób, które ja kocham, ale one mnie nie chcą, dlaczego?! Muszę być naprawdę obleśna, wstrętna z tymi wałkami tłuszczu na biodrach i udach. Sama nie mogę patrzeć na siebie! Co to za pomysł, żeby tyle luster powiesić w domu?! Nie wiem jak mam się koło nich przemykać, by w nie, nie spojrzeć! Więc jak dalej żyć? Przecież to nie ma sensu, osoba, którą najbardziej kocham na świecie, ma mnie głęboko i to się pewnie nigdy nie zmieni. Wszystkie osoby mają mnie głęboko! Przecież powinny wiedzieć, że ja cierpię. Kocham i cierpię! On tak pięknie wygląda na ekranie telewizora. Tak pięknie mówi a nie odzywa się do mnie na czacie, nie odpisuje na maile. Zawsze, kiedy patrzę na to jak inni ludzie się kochają. Przyjaciele, którzy są ze mną na dobre i na złe. Boże! Jak ja im zazdroszczę! Gdybym miała coś z masochisty, porzuciłabym własne zasady i włączyłabym się do tej wspaniałej sekty. Tak to nazywam. Ludzkość, to sekta. Udawać, że myślę tak jak oni, a wszystko po to, by zaznać trochę miłości. Może powinnam zmienić płeć, przecież mężczyzna błagający o miłość kobiety postrzegany jest jako romantyczny i wrażliwy a kobieta błagająca o miłość mężczyzny to szmata. Wszyscy się ze mnie śmieją: pani doktor, mama, ludzie i sam mój ulubieniec, śmieje się ze mnie z ekranu. Nikt mi nie wyrządził tylu krzywd, co on. Jego słowa mnie ranią. Mogłyby mnie zaprowadzić do nieba, ale w ciągu kilku minut ciszy, niewypowiedziane zabijają. Zabijają moją duszę. Wielu mnie raniło, deptało moją godność a w najlepszym wypadku mnie ignorowało. Klasowa śmietanka panienek, rasowe Barbi, samym pogardliwym wzrokiem wbijały mnie w podłogę. Rozdeptywały jak robaka. Wychowawczyni z podstawówki. Jak ona mnie nienawidziła. Przyjaciółka z psychiatryka, która wystawiła mnie do wiatru. Zawiodłam się. Chciałam wierzyć w przyjaźń. Poznałam jej smak w szpitalu. Ona dla mnie znaczyła wiele. Wszystko. Ja dla niej nic.
Ilona po powrocie z kościoła ( był to czas rekolekcji nie tylko w liceach) została wezwana na dywanik do szefostwa. Właśnie przekroczyła próg szkoły. Był piątek najprzyjemniejszy dzień w tygodniu, bo z perspektywą na weekend. Weszła do gabinetu, dyrektorka, nie zdradzając uczuć mimiką twarzy, wskazała podwładnej miejsce na krzesełku:
- Gdzie pani była podczas zebrania?- zapytała przełożona o wywiadówkę z wtorku przed rekolekcjami.
- Zebranie miałam o szesnastej, a ze szkoły wyszłam o osiemnastej – odpowiedziała Ilona.
- No właśnie! Dzwonię na telefon stacjonarny. I co?! Nie ma takiego numeru.
/ No nie ma. I co? Zabijesz mnie za to?- pomyślała sobie nagabywana/.
- Dzwonię na telefon komórkowy - kontynuowała swoją opowieść wściekła pani dyrektor- Pani nie odbiera! Powinna pani być do dziewiętnastej w szkole / No tak. Jak to mawiała matka Ilony, należało odsiedzieć dupogodziny/. Przed szóstą już pani nie było! Rodzice chcieli z panią rozmawiać!
- Wyszłam wcześniej. Nie sądziłam, że ktoś zechce ze mną rozmawiać. Do tej pory to się nie zdarzyło.
- Może, dlatego! - wyraziła swoje przypuszczenie władza.
- No nie wiem - odezwała się oskarżana - Jednak nie zepsuje mi pani dzisiaj dobrego humoru.
- Nie jest to moim celem, ale pani była nieobecna w pracy. Rodzice o panią pytają, a ja nie wiem, gdzie pani jest. W jakim świetle mnie pani stawia?!
- To jest pani punkt widzenia.
- Nieeee...to nie jest mój punkt widzenia, to jest fakt. Mogłabym poprosić panią o pisemne usprawiedliwienie i zamieścić je w pani aktach.
Ilonę śmieszyła cała ta sytuacja. To tak, jakby lamentować nad rozlanym mlekiem. Sprawa nie warta zachodu.
- Z mojego punktu widzenia byłam tylko niekoleżeńska, w podobny sposób niekoleżeński był kolega Tomasz, gdy nie chciał dyżurować na dyskotekach.. Tak się wtedy pani wyraziła: „On jest tylko niekoleżeński”.
- Przepraszam, jeżeli moim wyjściem po angielsku naraziłam panią na kłopoty – Nauczycielka uważała, że uprzejmości nigdy nie za wiele.
- Powinna się pani u mnie zwolnić! - upierała się przy swoim Dyrekcja.
- Chciałam się ulotnić po angielsku, niestety nie udało mi się. Mogę tylko jeszcze raz przeprosić, jeżeli to panią uraziło - po tych słowach wstała i wyszła na zewnątrz.
Tego samego dnia woźna z trzeciego piętra zagadnęła Ilonę:
- Pani Ilonko, co też dyrektorka wyrabiała we wtorek. Czerwona się zrobiła, jak nie mogła pani znaleźć. Pobiegła do gabinetu dzwonić. Uczniów wysyłała, żeby poszukali w okolicy, bo może jeszcze gdzieś jest pani w pobliżu. Wariactwo!!!
- Szkoda, że nie zawiadomiła policji, że jej nauczyciel zaginął - wtrąciła ta, przez którą było tyle zamieszania.
Karolina, uczennica z samorządu uczniowskiego poinformowała swoją opiekunkę:
- Nas pani dyrektor też pytała czy wiemy, gdzie pani jest. Zastanawiałam się nawet czy nie zadzwonić na komórkę, ale zrezygnowałam.
- Karolinko, jest dobrze, nie pierwszy i nie ostatni raz nas ochrzaniają.
- W tej szkole tak - filozoficznie stwierdziła uczennica.
- No właśnie- zakończyła temat.
W szkole Ilona pewna była swoich działań i profesjonalizmu, a w domu stawała się nieporadną i zagubioną w życiu matką.
W poniedziałek, gdy zadzwonił dzwonek na lekcję i nauczycielka poszła pod klasę. Jej wychowankowie stali w równym szeregu jak nigdy.
- Proszę pani, dzisiaj ładnie ustawiliśmy się pod klasą - jak zwykle trochę za głośno wykrzyczał Kraszana.
- Wy się dzisiaj do mnie nie odzywajcie, bo jestem zła.
- Ale nie na mnie - upewnił się chłopiec.
- Akurat nie! Ale mam poważne powody do gniewu. Wejdźcie do klasy
i spokojnie zajmijcie swoje miejsca.
Uczniowie jak najczulsze barometry wyczuwali, że burza wisiała w powietrzu. Napięcie sięgało zenitu. Czuli, że tym razem to nie przelewki. Spokojnie zajęli miejsca, przygotowali podręczniki do języka polskiego i czekali na rozwój wydarzeń. Lekcja przebiegała bez zakłóceń. Praca z młodzieżą uspakajała Ilonę. Oni zawsze byli w stanie ją rozśmieszyć. Ten żywioł wymagał żywiołowych reakcji, nie można było zaprzątać sobie głowy własnymi kłopotami, tutaj brakowało dla nich miejsca.
Następnego dnia zaczęło się od lekcji języka polskiego. W sali 25 uczniowie z klasy trzeciej „i” pracowali w maksymalnym skupieniu, w takim, na jakie ich stać po dłuższym leniuchowaniu. Bądź, co bądź rekolekcje dawały uczniom chwile wytchnienia od nauki. Od czasu do czasu ktoś zadawał pytania, by rozwiać swoje wątpliwości podczas rozwiązywania ćwiczeń z gramatyki. Względny spokój i atmosferę pracy zakłóciło nagłe wtargnięcie do sali wychowanka Ilony, ucznia klasy trzeciej „h”. To już po raz trzeci ktoś z tej klasy wpada, by przedstawić swój problem i konflikt z nauczycielem prowadzącym z nimi lekcję.
Pani rzuciła groźne spojrzenie na delikwenta przeszywając go nim na wskroś i po chwili odezwała się:
- Nic nie mów. Wiem, po co przyszedłeś. Od razu możesz wykonać w tył zwrot i wrócić do klasy. Sam wiesz, co powinieneś zrobić.-
- A l eeee, proszę pani... – Biedak próbował coś wyjaśnić.
- Dosyć! Mam was po dziurki w nosie! Odmaszerować! –
- A l eeee, proszę pani, ja muszę coś powiedzieć – prawie błagalnie i dziwnie pokornie podopieczny starał się wyartykułować to, z czym przyszedł.
Nauczycielka po krótkim wahaniu doszła do wniosku, że może nie chodzi tutaj o to, co zwykle, czyli o problemy wychowawcze.
- No dobra Jasiek, mów – łaskawie zezwoliła.
- Proszę pani, pani od historii prosi o kawałek kredy – nieszczęśnik wyrzucił z siebie jednym tchem, w obawie, że nie będzie mu dane skończyć.
W tym momencie wszyscy w klasie łącznie z nauczycielką roześmiali się serdecznie. Takiego zakończenia nikt się nie spodziewał, nawet uczniowie trzeciej „i”, znani ze swoich wyskoków.
- Masz szczęście Jasiu, bo już chciałam, by zaopiekowali się tobą twoi koledzy z klasy trzeciej „i”. Bierz kredę i zmykaj.
Jasiek skwapliwie skorzystał z pozwolenia i szybko się ulotnił, wracając na własną lekcję.
W tym dniu czekała ją jeszcze lekcja z Jasiem i jemu podobnymi. Nie spodziewała się lekkiej pracy. Miała to być jej i ich ostatnia godzina.
Na wstępie Bartek koniecznie chciał przeczytać swój tekst do breackdacowej piosenki.
- No dobrze przeczytaj - pozwoliła polonistka.
B.B. zaczął czytać:
* * *
Nasza szkoła jest fajna
Położona w centrum miasta
Publiczne gimnazjum
Numer czterdzieści cztery
Każdy policjant je zna
Nauczyciele to nasi przyjaciele
My się nogami i rękami zapieramy
A oni nas w nieprzyjazny świat zewnętrzny
po trzeciej klasie wypychają
Tworzymy niezłą mieszankę
Modne dwa w jednym
Jeden to diablęta inaczej
Dwujęzyczni i ambitni
Dwa to szkoła przetrwania
Anioły na wygnaniu
Chłopaki swojaki
Bezbłędnie rozpoznajemy się w tłumie
Instynkt do siebie nas pcha
Krew się niektórym z nas burzy
Rozniesiemy cały tabun tchórzy
Będzie nam schodził z drogi ten
Kto ma zdrowe nogi
Szkoła lub zdrowie
Wybór należy do ciebie
My nikomu krzywdy nie robimy
My się tylko bawimy.
- Brawo!!! - trzecioklasistom spodobał się wiersz kolegi.
- Proszę pani, on ma talent - szukał potwierdzenia Edzio.
- Ma talent, na pewno i nie tylko do tego - zakończyła wychowawczyni przerywnik w lekcji.- Otwórzcie podręcznik do języka polskiego na stronie pięćdziesiątej czwartej - poleciła uczniom.
- Podręcznik czy ćwiczenia? - spytała rezolutnie Ola.
- Przecież pani powiedziała podręcznik! - Radek nie wytrzymał.
- Proszę pani! On mówi o pająku! - z obrzydzeniem krzyczy arachnofobka Gosia Dudziak.
- Ja wcale nie o pająku tylko o pajęczakach - broni się wskazany.
- Nasza pani wcale nie jest zainteresowana pajęczakami - wtrąca Ola Raduńska.
- Adrian zaczyna czytać na głos -Ilona przerywa potok słów swoich uczniów.
- Orfeusz... zaczyna czytać chłopiec.
- Ja wiem! Ukąsiła go żmija Tak proszę pani? - wyrwał się Konrad
- To nie w tym micie - cierpliwie prostuje nauczycielka.
- A Kraszana z Bilą romansują...- wykorzystuje przerwę w czytaniu Sroka.
Nauczycielka prosi następnego ucznia:
- Gabrysia czytaj dalej.
Pozornie uczniowie spokojnie słuchają czytanego tekstu, ale dla bystrego obserwatora toczyło się tutaj bujne życie podziemne. Prowadząca lekcję przechwyciła krążący po klasie liścik. Postanowiła go przeczytać:
- Na pierwsze odpowiadam ci nie - to napisz - podpis Weronika
Kraszana z Bilą także wymieniają się korespondencją. Gabi nadal czyta.
- Cicho, teraz ja - Jasiek koniecznie pragnie czytać na głos, ale skończył swoje popisy na trzecim wyrazie -
- Orefusz...
- Orfeusz - został poprawiony.
- Ale tak tu pisze - zaprotestował.
- Nie pisze, a jest napisane - prostuje przy wtórze kilku innych głosów.
Nauczycielka uważniej przyjrzała się tekstowi:
- Rzeczywiście, ale to jest błąd w tekście. Powinno być Orfeusz.
- To ja już nie chcę - zniechęcił się Jasio.
Chwila wytchnienia i powstała pustka została natychmiast wypełniona dygresją:
- A proszę pani wygraliśmy wczoraj z trzecią „c”. W tym roku królem strzelców też będzie Bila.
Mit o Orfeuszu znów w odstawce. Maks skoncentrował całą swoją uwagę na dokładnym rozkręcaniu długopisu. Mozolnie dłubał pulchnymi paluszkami w mikroskopijnych elementach przyboru do pisania. Wołczkowo leżało bez życia na ławkach, demonstrując skrajne przemęczenie wchłanianiem kurzu z sal lekcyjnych.
- Eurydyka..- .słychać donośny głos Gabrieli.
Doszli już do Eurydyki. Nie było tak źle. Lekcja wolno, ale systematycznie posuwała się na przód. Doczytali do końca.
- Ja chcę mieć czwórkę z polskiego - krzyczy Konrad.
Krzyczy, ponieważ nie potrafi mówić. Wykrzykuje każde swoje zdanie w obawie, że nikt go nie zechce słuchać. Można go zrozumieć. Wszyscy się od niego opędzają, jak od natrętnej muchy w domu i w szkole.
- Chcesz czytać? - zapytała pani od polskiego.
- Ja? - zapytał zdziwiony - Ja, nie chcę - broni się przed trudnym zadaniem ambitny uczeń.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz