czwartek, 7 sierpnia 2008

Dziecięce zabawy



Zabawa w "Zaklętą Kaczkę"

Pewnego wczesnego, letniego wieczoru dzieci z czterorodzinnej willi, przy ulicy wiodącej nad dalekie morze, bardzo się nudziły. Nie miały siły już biegać ani krzyczeć. Można by powiedzieć, że opadły z sił. Te podwórkowe zmory otwartych okien, to pucołowata Basia z szeroko otwartymi modrymi oczętami, Iwonka – średnia siostra z całym bagażem, tego środkowego miejsca w rodzinie ani najstarsza, ani najmłodsza. Chudy Sławek, z rozbieganą chudością chłopaków w jego wieku oraz pałętający się między nogami starszych od niego, Wiesio, w końcu słodka Ewa, uosobienie zalążka klasycznej blondynki, błękitne spojrzenie ogromnych oczu w burzy płowo-lnianych włosów wokół twarzy.

Na tę chwilową obojętność na świat zewnętrzny kompanów wiecznej zabawy, natrafiła Grażynka, starsza od Iwonki i Ewy o dwa lata. Całe dnie swojej dwunastoletniej wiosny ( może raczej dwunastoletniego lata) przesiadywała z nosem w książkach. Właśnie przeczytała baśń o „ Zaklętej kaczce” Artura Oppmana. Odurzona, wyszła na świeże powietrze z głową w chmurach i myślami krążącymi wokół opowieści. Zaczerpnęła powietrza w płuca i poczuła zapach kwitnącego jaśminu. Podeszła do płotu, by nawdychać się wspaniałego aromatu prosto z delikatnych płatków.

Jaśmin na tym podwórku atrakcyjny był tylko przez krótką chwilę kwitnienia, później dzieciaki znęcały się nad nim, targając jego gałęzie, nieostrożnie przechodząc przez płot, przy którym rósł. Podwórko składało się z kilku części. Przed domem znajdowały się dwa kwietne ogrody, każdy przy jednym wejściu, w których królowały purpurowe floksy, szkarłatne szałwie i odwracały do słońca swoje żółte oczy śnieżnobiałe margerytki. Za domem pyszniły się warzywniki z kilkoma starymi drzewami owocowymi, obsypaną owocami na początku lata czereśnią, słodko rodzącą śliwą renklodą ,wreszcie kruchą papierówką. Te apetycznie wyglądające owoce zamknięte ogrodzeniami, darzyły swoim smakiem właścicieli grządek. Jednak pośrodku ziemi niczyjej stała strzelista grusza, obdarowując słodkimi ulęgałkami, tych którzy najwcześniej wstawali. Zwłaszcza po wietrznych nocach późnego lata. Czasami dzieci, bawiąc się pod jej przyjaznym parasolem liści, dostawały po głowie dojrzałymi owocami, znienacka spadającymi z drzewa. Tak lekko obity przysmak, wart był niewielkiego bólu głowy. Obok, ale już za granicą posesji wypiętrzył się sosnowy lasek, gdzie nieużytek zagospodarowały samosiejki ekspansywnych iglaków. Teren wydzierżawiło inżynierostwo z parteru, więc wstęp tutaj nie był nieograniczony. Bezkarnie spacerowały tam kury, pustosząc zieleń i tak marnego poszycia leśnego. W środku, na nieuprzątniętym gruzowisku po przedwojennym domu, rósł gorzki piołun o posrebrzanych wąsko strzępiastych liściach z białawymi niepozornymi kwiatkami. W upalne dni czuło się gorzkawą woń unoszącą się w powietrzu.

Wałęsające się bez celu dzieci, zainspirowały Grażynę, dzięki temu pomysłowi mogła jeszcze raz przeżyć przygody zaklętej kaczki. Odezwały się uśpione geny nauczycielskie po dziadku, ojcu mamy i trzy razy pradziadku, szlachetnie urodzonemu herbu niesobia, ze strony taty.

- Mam pomysł! – krzyknęła do wszystkich –Podejdźcie do mnie. Zabawimy się w baśń. Zrobimy przedstawienie. Każde z was odegra jakąś rolę, a ja będę narratorem, ale najpierw opowiem wam tę bajkę.

Cała piątka właścicieli umorusanych buź i pięciu par oczu usiadła na trawie, a bajarka zaczęła snuć swoją opowieść o „Zaklętej kaczce”. Zasłuchane towarzystwo siedziało z otwartymi ustami. Teraz należało rozdać role.

- Ja chcę być kaczką!

- Nie ja! – przekrzykiwali się mali aktorzy.

- Może to ja zadecyduję, kto będzie kim? – retorycznie zapytała inicjatorka zabawy.

- Zaklętą kaczką będzie Ewa, Lutkiem Sławek, Basia i Iwona karczmarkami a Wiesio starcem, któremu Szewczyk daje jałmużnę- postanowiła reżyserka podwórkowego spektaklu.

Nim podniosła się niewidoczna kurtyna z mgły i zmierzchu, dziewczyna narysowała na piasku kilka kręgów, które symbolizowały zamek. Pierwszy krąg to lochy ordynackiej siedziby, drugi rozległa piwnica, ostatni jeziorko z kaczką po środku.

- Uwaga! Zaczynamy od momentu, kiedy Lutek zbliża się do zamku.- przedstawienie czas zacząć.

Aktorzy zajęli swoje miejsca, narratorka zaczyna:

- Wyobraźcie sobie gorącą noc świętojańska, podobną do dzisiejszego wieczoru. Jest to najdłuższa noc w roku i ma tyle godzin, co dzień, czyli dwanaście. W tym dniu panny puszczają wianki na wodę, a chłopcy palą ogniska. Wszyscy się bawią, tańczą i śpiewają.

Lutek czekał na ten dzień trzy dni. Wraz z zapadnięciem wieczoru wyruszył przez Stare Miasto. Przypominam, ze akcja baśni rozgrywa się w Warszawie. Po drodze spotykał spacerujących ludzi, a on szedł Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem, następnie ulicą Ordynacką. Wiedział, że jest już blisko. Stanął przed murami zamczyska- Przeżegnaj się – Sławek został poinstruowany przez Grażynę- Wejdź do pierwszego kręgu, podążaj do ostatniego, jak w labiryncie.

Sławek wykonał wszystkie czynności, zgodnie ze scenariuszem.

_ Taś, taś kaczuchno! – zawołał przejęty rolą.

W tej chwili Ewa z szaroburej kaczki przeistoczyła się w przecudną dziewicę, królewnę. Złote włosy do ziemi, usta jak maliny, oczy jak gwiazdy na sierpniowym niebie, a buzia tak cudna, że- aż strach! – Tu powinny Szewczykowi -Sławkowi ciarki przejść po plecach z zachwytu i zarazem lęku. Ewa- Cud Dziewczyna zagadnęła wędrowca, śląc mu jedno ze swoich słodkich spojrzeń, zniewalających większych bohaterów od naszego Szewczyka:

- Czego chcesz ode mnie chłopczyku ?– zapytała obłudnie, przewracając przy tym oczami.

- No nie!- krzyknął Sławek, wychodząc z roli- nie będę się dalej bawił, jak ona będzie robiła takie miny. Zaraz mnie rozśmieszy. Przez chwilę dzieciaki tarzały się po ziemi w niepohamowanym chichocie.

- Dajcie spokój. Gramy dalej- zarządziła prowadząca.

- No dobra- rzekł Sławek, przeistaczając się w Lutka- Jaśnie wielmożna królewno – powiada chłopczyna- nic nie chcę, ale zrobię wszystko, co zechcesz. Rozkazuj mi!- znów pozostawał pod nieodpartym urokiem Dziewicy.

-Dobrze- rzekła królewna – uzyskasz skarby o jakich się nikomu nie śniło. Będziesz Panem, bogaczem. Dam ci sakiewkę ze stoma dukatami. Musisz je wydać do jutra, ale tylko na własne potrzeby. Nie możesz nikomu z tych pieniędzy dać ani grosza.

- Ha! Ha! Ha!- zaśmiał się gromko Lutek-Sławek- a co to trudnego. W mig się z tym uporam. Będę jadł, pił, hulał. A co potem Księżniczko?

- Potem- powiedziało Blond Bóstwo- niezmierzone skarby staną się twoją własnością – wypowiadając te słowa, przez piękną buzię panny przeszedł grymas niby uśmiechu, a w jej oczach pojawiły się niepokojące iskierki.

Lutek zgodził się na warunki postawione przez królewnę. Dostał dukaty i zaczęła się hulanka. Wydawanie pieniędzy. Szewczyk zmienił ubranie, kupił sobie nowe buty, jadł, pił, hulał. Cały dzień tułał się po karczmach. Karczmareczki – Iwonka i Basia-nakłaniały go do wydawania dukacików, a on ciągle miał ich za dużo. Zmierzchało, w kiesy wciąż brzęczały złote monety. Na drodze do zamku spotkał ubogiego starca- Wiesio przygarbiony z kijkiem udającym laskę-zniżając dziecięcy głosik zagadnął bogatego wędrowca- Panie, ja biedny kombatant spod Smoleńska i Somosierry, spójrzcie Panie na wstążki po orderach, teraz nie mam nic, ino ta sława i pamięć po czynach mi pozostała -biadolił dziad przydrożny. Chłopak o dobrym, litościwym sercu sypnął mu złotem z kieszeni.

- Bóg zapłać!- dziękował starzec- Wiesio.

Błysnęło. Zagrzmiało. Złoto z kieszeni Lutka-Sławka wyparowało. Nad nim i starcem ukazała się wykrzywiona złością twarz Cud- Dziewicy:

- Nie dotrzymałeś danego słowa – wysyczała i znikła.

Szewczyk wcale się nie zmartwił. Nawet poczuł ulgę- Łatwo przyszło, łatwo poszło- pomyślał.

Chłopczyna wziął się z wielką ochotą do pracy. Posypały się sukcesy. Wkrótce został majstrem i tak zakończyła się ta historia- praca narratora również dobiegła końca.

Nadchodził zmierzch. Pogranicze dnia i nocy. Dzieci z ociąganiem opuszczały plac zabaw, którym było wydeptane klepisko, gdzie patykiem wyczarowywały wirtualne światy. W owym czasie, kiedy to dzieci bawiły się na świeżym powietrzu, żadne nie miało skrzywionych kręgosłupów, okrągłych pleców i czerwonych oczu od patrzenia w ekran. Wtedy żyło się długo i szczęśliwie, jak to w bajkach bywa.

Szczecin,07.08.2008 r.

1 komentarz:

Unknown pisze...

marnujesz sie na blogi...Do wydawnictwa z tym,JUŻ!

A poważnie to piękna "bajka" :*